Wchodząc do jednego z pobliskich barów, gdzie nikt mnie nie kojarzy zauważyłem te bujne, rozczochrane włosy. Billie kiwnęła głową i poszła po schodach na dach. To jeden z jej barów, jest właścicielką niektórych, stąd trzepie kasę bo ma do biznesów głowę.
Na dachu miała stolik i dwa krzesła. Usiadła na jednym z nich i spoglądała na popielniczkę zabrudzoną popiołem.
-Napijesz się czegoś? - spytałem, a ona wykrzywiła twarz na milion sposobów.
-A co proponujesz?
-Nie wiem, co masz w asortymencie swoich klubów.
-A wiesz co? Pieprzyć to, chodź na dół. Siedzę tu cały dzień, do cholery.
Była zmienna, zaraz powie, że chce wracać na górę, bo tu jest za głośno. Ale wciąż ją lubiłem.
Gdy piliśmy jedno z piw obserwując tych wszystkich ludzi, naćpanych jak stodoła nawet nie mówiliśmy nic, bo nie musieliśmy. Widziałem, że coś nie gra ale wiedziałem, że powie mi sama gdy będzie chciała.
-Dean, a przypadkiem tam nie stoi Lucy?
Obejrzałem się i znalazłem ją wzrokiem, stała i paliła papierosa, słuchając, a raczej udając, że słucha, jakiś kolesi. Lucy to moja była, rzuciła mnie bo nie chciała więcej ''żyć w strachu''. Może i słusznie, ale kochałem ją, dawałem jej wszystko czego chciałem, a nie to co ona chciała. Odwróciłem szybko wzrok i spojrzałem na butelkę piwa.
Nie myśl o niej, wymaż ją...
Bum, i myśl zniknęła.
-Boli? Poważnie? - parsknęła spoglądając wciąż na Lucy.
-Mam ją gdzieś.
-Jasne. Wiem. - odparła. - Telefon ci dzwoni.
-Hm? - spojrzałem na przyjaciółkę i na telefon ''służbowy'' który wibrował na blacie. Odebrałem. - Kto mówi?
-Ty już kurna nie poznajesz numerów? - Stary parsknął, pewnie opluwając przy tym telefon.
-Czego chcesz?
-Jakiś koleś chciał zajebać mi towar.
-Chyba za dużo wypiłeś.
-Jak nie przyjedziesz i nie doprowadzisz sprawy do końca to kolesia wrzucę żywcem do pieprzonej wody.
Rozłączył się a ja dopiłem piwo do końca i pożegnałem się z Billie. Lucy nie było przy wyjściu z klubu, wszedłem do auta i ruszyłem do Starego. Stary miał około 40 lat i wyglądał, jakby twarz buldoga wsadzić do blendera. Oddychał głośno i ciężko, pił i ćpał więcej niż sam waży.
Zajechałem na klubik Starego, swoją drogą wisiał mi 30 koła, ale to załatwię przy okazji. Podejrzewałem, że wciągnął nie ten towar co trzeba i ma omamy, albo sam pociągnął towar i myśli, że ktoś mu zawinął.
Wszedłem od razu do środka, do małego pomieszczenia który nazywał swoim gabinetem. A wyglądało jak mała klitka w pierdlu. Jednak przed drzwiami słyszałem już krzyki i to nie Starego, tylko kogoś innego. Gdy otworzyłem drzwi ujrzałem Starego który naćpany rzucał się z jakimś typem. Wyglądał jak pies, nie myliłem się. Odznaka leżała na biurku a ja odciągnąłem Starego i postawiłem krzesło ze związanym policjantem na nogi.
-To jest, kurwa, pies, kretynie. - wyrecytowałem by zrozumiał.
-On zabrał mi towar!
-Stul pysk. - mruknąłem. Byłem spokojny, rzadko kiedy się denerwowałem.
-Oj źle skończycie... źle...
-Ta? - spojrzałem na policjanta.
-Zawiadomiłem swoich. - roześmiał się policjant, trochę z obitym ryjem.
Nagle pies wyrwał się z lin i uderzył mnie, kutas. Gdy mu przywaliłem rozłożyło go ponownie na krześle.
-Ty, kurwa masz chyba niepoukładane we łbie, co? - zwróciłem się do psa wymachując mu rewolwerem przed twarzą.
-Zaraz będą tu ci którzy zrobią z wami porządek.
-Wiesz co? - schyliłem się do niego i przywaliłem mu znowu prawdopodobnie łamiąc mu nos, bo krwotok był ogromny. - A może zrobimy po mojemu, hm?
-Daj mi towar. - zwróciłem się do Starego.
-Po chuj?
-Daj, kurwa, chyba, że chcesz wylądować w pierdlu.
Podał mi kokainę i jakiś syf, czyli faraona. Faraon to taka forma pixy, tylko w połączeniu z kokainą ma skutki uboczne.
Sprałem tego kolesia do odcięcia i wpakowałem mu na siłę i koks i tableteczki. Spojrzałem na Starego i zabrałem go stąd do swojego auta.
-Czekaj tu.
Gdy psy przyjechały podstawiłem Billie, by udawała żonę właściciela. Powiedziała im, że koleś z psów na nią napadł, chciał zgwałcić i był agresywny. A że w organiźmie tego fagasa była kokaina i faraon to miał życie zniszczone w zawodzie.
Nie pozwalałem sobie na kłopoty i nigdy nie wpadłem z towarem. Jestem swoim własnym szefem i nigdy nikogo nie zabiłem, chociaż zawsze jestem na to przygotowany.
Zabrałem Starego na rozmowę w 4 oczy. Musiał oddać mi pieniądze.

