Podwiozłem ją pod dom, od niechcenia, bo wiedziałem kim jest i już mój rendgen ją prześwietlił. Miałem nosa do ludzi, nic dziwnego, skoro tylu ich poznaję i znam. Miałem przeczucie, że z nią jest coś nie tak i proszę - prokuratorka. Musiałem się jej pozbyć jak najszybciej, dość mam problemów z dłużnikami, których muszę kropnąć.
Zajechałem na zapamiętany adres, choć dziewczyna powtarzała mi go w kółko, jakbym nie pamiętał nic z poprzedniej nocy. Jednak wyszła, gdy podjechałem pod adres, pod klatką schodową czekał na nią prawdopodobnie chłopak, który widząc mnie nie był zadowolony, ale co mnie to obchodzi. Nie chciałby ze mną zaczynać, a ja nie miałbym skrupułów w razie ''w''. Na odchodne rzuciła wyraźne ''cześć'' z namysłem, że jej odpowiem ale nic nie powiedziałem. Wolałem to zakończyć szybciej niż się zaczęło.
Miałem dziś kupę roboty, więc z piskiem opon po jej wyjściu odjechałem czarnym audi. Pojechałem do mojego apartamentowca, w którym wynajmowałem mieszkanie. Może i byłem prostym facetem, ale lubiłem wygody i na nie zasłużyłem czy nie - były takie jak każdy by chciał. Nikogo tu nie zapraszałem, nie mówiłem adresu zamieszkania. Moim dowodowym adresem jest ta melina na slamsach, zaraz na uboczu miasta w tych nudnych i starych kamienicach.
Wparowałem do domu i poszedłem pod prysznic. Długo czekałem na to, by w spokoju wejść do własnego mieszkania i się wyluzować, bo praktycznie nie mam na to czasu. Ja tylko tu jem, śpię i relaksuję maksymalnie godzinę, bo dwie to strata mojego cennego czasu w pracy. A każda godzina to dla mnie pieniądze.
Usłyszałem wibracje telefonu leżącego na stole, powolnie zawinąłem ręcznik i zerknąłem na wyświetlacz.
-Jak tam, Chris? - odparłem zmęczony, bo miałem nadzieję na chwilę wytchnienia.
-Jestem u mamy, może wpadniesz na obiad?
Parsknąłem pod nosem, jakby mnie nie znał. Lub spytał z nadzieją, że wpadnę bo bardziej chodziło mu o matkę. Rzadko mnie widuje, mało o mnie wie. Nikt o mnie nic nie wie, dosłownie nikogo nie dopuszczam do siebie bliżej niż tylko w kwestii pieniędzy. Byłem bardzo ostrożny, by nikt mnie nie znał.
-Dean? - brat wyrwał mnie z zamyślenia. - Stary, muszę ci coś powiedzieć...!
-To złapiemy się potem. Jestem zajęty.
-Ty zawsze zabiegany, ta? - spytał ironicznie, wyobraziłem sobie uśmiech na jego pulchnej twarzy.
-Będę dzwonił. - rozłączyłem się i zacząłem się ogarniać sprawie by do 18 być gotów.
Miałem kupę czasu, ale czekała mnie rozmowa z Astanem. Człowiekiem tak wkurwiającym i za razem wpływowym, że aż mi się odechciało wychodzić z domu pierwszy raz od dawna. Był pewnego rodzaju ''panem miast'', tak na niego mówią. Ma miliony na koncie, ma własne firmy a na boku to prawdziwy mafiozo który nie raz zabił by uzyskać sukces i pieniądze. Jest nietykalny i nieobliczalny, gdy Billie mi powiedziała, że ją śledzi byłem pewny, że zależy mu na tym, by się spotkać. Nigdy by jej nie ruszył bo wie, że za nią jestem w stanie nawet zabić jego samego, choć musiałbym się postarać.
Pojechałem tam, gdzie zawsze bywał. W mini knajpce za rogiem w centrum, uwielbiał to chińskie śmieciowe żarcie, w knajpie która zarabia nawet nie 1/50 jego zarobków. Usiadłem naprzeciwko niego, tym razem by wtopić się w ludzi gdy był dzień ubrałem się nieco normalnie, bo zwykle chodziłem ubrany na czarno. Rozejrzałem się, czy nikogo nie ma w pobliżu. Astan był rozpoznawalny, policja ma na niego oko. Gdy mnie zobaczą musiałbym się nagimnastykować, by ujść cało z towarem i kasą.
-Już się tak nie stresuj - roześmiał się Astan. - Nikt tu nas nie przyczai.
-Czego chcesz?
-A skąd wiesz, że chcę? - błysnął zębami, mieląc chińszczyznę.
-Billie nie bez powodu śledziłeś, wiedziałeś, że przez nią przyjdę.
-Bo twoja rodzinka nawet by się nie zorientowała. Chris? Zarabia połowę tego co ja... i nie masz z nikim kontaktu tak jak z tą lalunią.
-Do rzeczy.
-Tobie zawsze się tak spieszy... - rozsiadł się i spoglądał na mnie chwile nic nie mówiąc. - Słuchaj, chcę żebyś dla mnie pracował.
-Po tym co zrobiłeś ostatnio? Pojebało cię?
-Dean, ty wiesz, że mam to co chcę. A Ty jesteś z tej najwyższej półki.
-Masz swoich ludzi.
-Ale nikt nie odwali tej roboty jak ty.
-Ile za tą robotę?
-A szczegóły?
-Najpierw forsa.
-Wiedziałęm, że cię przekonam. - pokiwał palcem zadowolony, jakby dać dziecku cukierka.
Byłem niewidzialny w tym co robiłem, ceniłem się za mokrą robotę jeśli miała się zdarzyć, no i lubiłem ubijać interes tak, żeby było po mojemu. To on mnie potrzebuje, a ja kasy mam tyle, że do emerytury mogę leżeć i zbijać bąki.
-Dwieście.
Roześmiałem się i oparłem o krzesło.
-Dwieście to ja mam w banku, a dwa razy tyle w mieszkanku.
-Dobra, dwa razy tyle.
-Co to za robota?
Wstał i odszedł od stolika kładąc pieniądze. Poszedł w stronę auta i wiedziałem, że mam jechać z nim, nie musiał nic mówić. Jechaliśmy za miasto, do jego domu ''tymczasowego''. Usiadł na kanapie i nalał sobie whisky.
-Musisz dla mnie wejść do firmy Corporite Infotek i ''zdobyć'' na nich haka.
-To jest żart? Mam wpychać kokainę w ludzi? Nie możesz sam wpuścić tam kogoś mniej ważnego?
-Wiem, że zrobisz to tak, by wyjść cało. Masz ode mnie zapewnioną ochronę.
-Jak FBI wpadnie to twoja ochrona mi może skoczyć.
-Pół miliona.
-Co? - spojrzałem na niego nie łapiąc od razu.
-Pół miliona do ręki. Za całą robotę.
Aż tak mnie cenił? Ta kwota była osiągalna, ale dla mnie... była tak wielka, że nie musiałem myśleć.
-Po co mam to robić?
-Gnoje wpuszczają do mnie do firmy węszących kundli, jakieś wtyki. Odebrali mi dwa projekty, wielkie projekty za które strzepałbym miliony. Skończą swoją działalność w pierdlu, jak tylko Ty ich wykończysz.
-Domyślą się, że to ja.
-Dostali informację od Hiszpańskiego wielkiego producenta, że przybędzie do nich wysłannik, masz oceniać czy ich propozycje się nadają. Mój przyjaciel który ze mną współpracuje zgodził się na to, bo ta sama firma też kiedyś z nim zadarła.
-Nie znam Hiszpańskiego.
-O to się nie martw, nauczy cię moja sekretarka.
-Sekretarka?
-Jest hiszpanką, mnie nauczyła podstaw w tydzień w ramach wymiany narodowej biznesów, dasz radę.
-Tylko ty masz 60 lat, trochę zwiedziłeś świata.
-Ty też zwiedzisz, co cię trzyma? Kobiety nie masz, rodziny nie masz, zobowiązań nie masz! W tym świecie liczą się pieniądze i trzeba kombinować, jak ustać na nogach. Jeśli pozwolisz komuś kiedykolwiek zniszczyć ci to, co budujesz od kilkunastu lat - zabij go albo zgiń.
Zacisnąłem zęby i myśląc o tym, że Astan naprawdę ma milion kontaktów, ochronę mi zapewnił ostatnim razem bez zarzutów, tylko moim błędem było wychylanie się zbytnio, ale byłem gówniarzem. Teraz wie, że można na mnie liczyć i zrobię co każe.
Ubił mnie w garniak i wyczekiwał efektu. Gdy wyszedłem i zobaczyłem siebie w lustrze nie wierzyłem co robię.
-Idealnie... perfekcyjnie.
-Jak biznesio z hiszpanii to ja nie wyglądam.
-Rozluźnij się. Musisz być tajemniczy w tamtej firmie, nieotwarty. Klara jest moją sekretarką, dorabia, ale jest świetna. Jest wcześnie, więc pojedziemy tam od razu.
Po prostu cudownie... czeka mnie wiele godzin pracy nad pół milionem.
hope
wtorek, 5 lutego 2019
niedziela, 3 lutego 2019
Od Mii
Miałam dziwny sen ale okazał się niczym w porównaniu do tego co ujrzałam po przebudzeniu się. Nie wiedziałam gdzie jestem, w ogóle mało pamiętałam. Ubrania były na miejscu więc odetchnęłam z ulgą. Wstałam. Byłam w jakiejś sypialni, pierwszy raz zdarzyło mi się obudzić w obcym mi miejscu. Wyszłam nie pewnym krokiem z sypialni.
-Śpiąca królewna wstała już. -usłyszałam.
Spojrzałam na wysokiego młodego, może trochę ode mnie starszego chłopaka.
-Hej... która jest godzina?
-Dopiero dochodzi 7 także nie spałaś długo.
Przeczesałam ręką włosy.
-No i po co wam to było?
-Wam? Nic nie rozumiesz.
-Wyjaśnij, nie wyglądasz mi na dziewczynę która bierze.
-Bo tego nie robię. To przez Klarę i Laurę. Zabije je!
-Twoje przyjaciółki?
-Do wczoraj tak myślałam.
Podał mi sok.
-Mówiłam im że nie chcę nic brać, nigdy tego nie robiłam ale najwyraźniej stwierdziły że będzie super pomysłem jak dosypią mi to gówno do drinka.. Mogły mi zniszczyć życie.-usiadłam na kanapie bo zakręciło mi się w głowie-W ogóle to przepraszam za problem i dziękuję że mi pomogłeś. Mało kto bezinteresownie tak postępuje. Dziwnie się czuje, pierwszy raz zdarzyło mi się obudzić w obcym miejscu.
-Nie interesują mnie trupy.
-Aż tak źle?-skrzywiłam się.
-Nie no skąd.. -uśmiechnął się opierając się o ścianę z założonymi rękami.
-Boże.. jakby mnie ktoś znajomy zobaczył... byłabym skończona.
-Grzeczna dziewczynka?
-Nie, przyszła prokurator. Teraz rozumiesz?
-Wysokie ambicje.
-Nie prawda. To nic takiego.
-Ktoś się do ciebie dobijał bardzo.-pokazał na telefon.
-Pewnie Niko. Potem oddzwonię niech się martwi.
-Kłótnia z chłopakiem?-zapytał od niechcenia.
-Skomplikowane. Wczoraj były moje urodziny, nawet nie zadzwonił ale nie ważne, nie chcę mi się o tym gadać a ciebie pewnie i tak to nie interesuje.

-Więc wszystkiego najlepszego. -powiedział.
-Dziękuje.-;powiedziałam i dodałam-Eh.. dobra będę się zbierać nie chcę Ci więcej przeszkadzać, Dean.
-Odwiozę Cię i tak jadę w tamtą stronę. Znalazłaś kluczę?
-Na pewno są w torebce.. a moja torebka jest..-rozejrzałam się.
-Tu.-podał mi ją.-Spokojnie nie zaglądałem.
-Zadziwiasz mnie. Normalnie każdy facet wykorzystał by okazję a już na pewno przetrzepał by rzeczy dziewczyny. Jesteś gejem?
-Co?-zaśmiał się zaskoczony.-Nie.
-Ok, tak tylko próbowałam zgadnąć co jest z tobą nie tak-uśmiechnęłam się. -Wybacz.
Nic nie powiedział.
-Mam kluczę. Możemy wracać.-powiedziałam.
Poszliśmy do samochodu. Jak tylko ruszyliśmy mój telefon znowu zadzwonił. Dzwonił Niko, rozłączyłam się. Niech się bardziej postara. Zwykłe przepraszam nie wystarczy. Nie tym razem.
-Śpiąca królewna wstała już. -usłyszałam.
Spojrzałam na wysokiego młodego, może trochę ode mnie starszego chłopaka.
-Hej... która jest godzina?
-Dopiero dochodzi 7 także nie spałaś długo.
Przeczesałam ręką włosy.
-No i po co wam to było?
-Wam? Nic nie rozumiesz.
-Wyjaśnij, nie wyglądasz mi na dziewczynę która bierze.
-Bo tego nie robię. To przez Klarę i Laurę. Zabije je!
-Twoje przyjaciółki?
-Do wczoraj tak myślałam.
Podał mi sok.
-Mówiłam im że nie chcę nic brać, nigdy tego nie robiłam ale najwyraźniej stwierdziły że będzie super pomysłem jak dosypią mi to gówno do drinka.. Mogły mi zniszczyć życie.-usiadłam na kanapie bo zakręciło mi się w głowie-W ogóle to przepraszam za problem i dziękuję że mi pomogłeś. Mało kto bezinteresownie tak postępuje. Dziwnie się czuje, pierwszy raz zdarzyło mi się obudzić w obcym miejscu.
-Nie interesują mnie trupy.
-Aż tak źle?-skrzywiłam się.
-Nie no skąd.. -uśmiechnął się opierając się o ścianę z założonymi rękami.
-Boże.. jakby mnie ktoś znajomy zobaczył... byłabym skończona.
-Grzeczna dziewczynka?
-Nie, przyszła prokurator. Teraz rozumiesz?
-Wysokie ambicje.
-Nie prawda. To nic takiego.
-Ktoś się do ciebie dobijał bardzo.-pokazał na telefon.
-Pewnie Niko. Potem oddzwonię niech się martwi.
-Kłótnia z chłopakiem?-zapytał od niechcenia.
-Skomplikowane. Wczoraj były moje urodziny, nawet nie zadzwonił ale nie ważne, nie chcę mi się o tym gadać a ciebie pewnie i tak to nie interesuje.
-Więc wszystkiego najlepszego. -powiedział.
-Dziękuje.-;powiedziałam i dodałam-Eh.. dobra będę się zbierać nie chcę Ci więcej przeszkadzać, Dean.
-Odwiozę Cię i tak jadę w tamtą stronę. Znalazłaś kluczę?
-Na pewno są w torebce.. a moja torebka jest..-rozejrzałam się.
-Tu.-podał mi ją.-Spokojnie nie zaglądałem.
-Zadziwiasz mnie. Normalnie każdy facet wykorzystał by okazję a już na pewno przetrzepał by rzeczy dziewczyny. Jesteś gejem?
-Co?-zaśmiał się zaskoczony.-Nie.
-Ok, tak tylko próbowałam zgadnąć co jest z tobą nie tak-uśmiechnęłam się. -Wybacz.
Nic nie powiedział.
-Mam kluczę. Możemy wracać.-powiedziałam.
Poszliśmy do samochodu. Jak tylko ruszyliśmy mój telefon znowu zadzwonił. Dzwonił Niko, rozłączyłam się. Niech się bardziej postara. Zwykłe przepraszam nie wystarczy. Nie tym razem.
sobota, 2 lutego 2019
Od Deana
Wybrałem się ponownie do Starego, bo czas naglił. Nie mnie, a jego, bo to on wisiał mi pokaźną sumę. Miewałem więcej, ale 50 tysięcy piechotą nie chodzi. Tym razem impreza kręciła się w najlepsze, nie miałem ochoty przedzierać się przez nawalonych ludzi i napalone laski. Wszedłem tylnymi drzwiami od alejki, oczywiście była wysoka siatka i stara zardzewiała kłódka do której nawet Stary nie miał klucza. Przeszedłem przez nią szybko i przetarłem ręce.
-Żebym musiał się tak brudzić... - parsknąłem pod nosem i otworzyłem drzwi wchodząc do długiego korytarza prowadzącego do ''biura'' Starego.
W środku była jakaś dziewczyna, na oko 18 lat, tleniona blondynka w różowej kurtce futrzanej i wysokich kozakach. Odwróciła się, cały nos miała uwalony kokainą, a dłużnik z rozpiętą koszulą poderwał się jak poparzony spoglądając na mnie.
-Wyjdź. - kazałem dziewczynie, jednak ona ani drgnęła, stała jak ten słup soli i wpatrywała się we mnie jak sroka w... gnat.
-Luiza słonko, zostaw nas samych. - zmiękczył głos Stary a dziewczyna powoli, jakby była na pokazie mody przeszła obok mnie i wyszła nie zamykając drzwi.
-Cholera! Drzwi! - Stary ruszył z miejsca i zamknął je. - Co tam, Dean?
-Jak tam pieniądze się mają?
-Eh... co ja jestem, wróżka?
-Słuchaj... Nie będę groził ci lufą przed twarzą bo to nie ma sensu, tylko się zestresujesz. Po co robić teatr? Układ jest taki, dajesz mi udziały w tym klubie i połowę kasy oddajesz. Dziś albo nie ja będę cię ścigał.
-Na Boga, Dean, proszę... zobacz! Patrz! - pokazał kilogram kokainy na stole. - Weź!
Roześmiałem się.
-Żartujesz, mam nadzieję. Poważnie rozmawiamy. Miałeś czas na zastanowienie się.
-Kurwa, Dean, jak ty mnie potrafisz wyprowadzić z równowagi..
-Zawsze mogę ci sprzedać kulkę, wiesz, że dla mnie to nie problem.
-Dobra, niech ci kurna będzie... - opadł na fotel.
-Jutro widzę wszystkie formalności, i schowaj to, na litość...
Sam nigdy nie ćpałem. Ja tylko sprzedawałem towar. Jednak znałem się na tym biznesie jak nikt inny. Na każdych narkotykach się znałem, jednak ten był kopalnią złota.
Do drzwi znów ktoś zapukał, ochroniarz. Przyczołgał dwóch małolatów, mieli może po 12 lat. Stary jak wryty spoglądał na młodzieniaszków, dziewczynę ściętą na chłopaka i niższego od niej grzdyla.
-Co ty mi tu żłobek urządzasz, Henry? - burknął Stary.
-Brali coś, ale nie mówią co.
-Za co ja ci płacę. - machnął ręką i podszedł do dzieciaków. - Co braliście i skąd?
-My tylko... przyszliśmy zobaczyć jak tu wygląda...
-I postanowiliście sobie powciągać? Co wzięliście?
-Nic... n...naprawdę...
-Kurwa, dawać telefony i zawiadamiam rodziców. - odparł rzucając się nerwowo.
-Nie! No... barman miał takie coś... Gwen odeszła a ja widziałem, jak coś jej dodaje...
-Coś ty pierdolisz młody...
Nagle usłyszeliśmy krzyki z toalety, kobiece.
-Sprawdź to. - rozkazał do ochroniarza. - Ktoś się pewnie bzyka.
-Nie wygląda to na bzykanie. - odparłem zdenerwowany całą sytuacją bo nawet ta sprawa z bachorami mnie nie dotyczy. Zawinąłem manatki i wyszedłem w stronę wyjścia, gdy z toalety dobiegły mnie ponownie krzyki, ale o pomoc.
Kurwa, bohater się obudził we mnie czy co?
W toalecie jakiś dwóch kolesi dobierało się do też napalonych dwóch lasek, ale w każdym razie ta jedna nie chciała tego. Ekstazy?
Podszedłem do kolesi, jednego oderwałem wręcz od jednej z nich i głową uderzyłem o umywalkę, a drugiemu sprzedałem bombę i wylądował w kiblu.
-Zabierajcie się stąd.
-Aleś ty przystojny... - jakby nie dotarło, ta druga chyba była w gorszym stanie.
-Dobra, gdzie mieszkacie?
Ta co się nie odzywała płakała, najwyraźniej mniej wypiła z drinka w którym był narkotyk.
-Może u ciebie?
-Ty, może odpowiesz za koleżankę, bo chcę was podrzucić. Nic wam nie zrobię.
-Yhm... Avenue 21/6... - wymamrotała ta druga.
Wyprowadziłem je stamtąd. Wsiadły do tyłu a ja pojechałem na adres. Znałem wszystkie w mieście, dosłownie, więc nie miałem problemu z trafieniem. Odstawiłem jedną, a druga widocznie ze stresu zapomniała gdzie ma klucze.
-Dam sobie radę...
-Jasne, wsiadaj.
-Co? Nie...!
-Uspokój się, nic ci nie zrobię. Jestem Dean.
-Mia...
-Ktoś jest w domu?
-Nie... cholera...
-Zabiorę cię do siebie. Mam dwa mieszkania, ja nie będę spał więc odeśpisz a potem poszukasz kluczy.
-To zły pomysł...
-Złym pomysłem było branie tego gówna i zostawianie drinków na ladzie.
Zabrałem ją, chociaż sam nie wiem czemu. Może nie miałem co robić? Oprócz odsypiania nocnego życia dilera to nic innego nie robiłem.
Gdy prowadziłem do siebie, bo dziewczyna spała zadzwonił mój telefon. No proszę...
-Kogo moje uszy słyszą, Matt?
-Stary, wróciłem z Majorki.
-Co ty nie powiesz. - parsknąłem. - Gdzie jesteś?
-U matki, narzekała na ciebie przez sen.
-Ta, ciągle to robi. Brachu, zgadamy się w dzień, mam tu trupa na tyłach.
-Kogo znowu zabiłeś?
-Jezu, muszę zawsze zabijać? - roześmiałem się. - Wiozę dziewczynę, misja ratunkowa, dzień dobroci dla zwierząt.
-Dziewczynę!? Już myślałem, że jesteś gejem...
-Przywalę ci, przysięgam.
-Dobra! Do potem młody.
Matt to mój starszy brat, jednak on jest z innej bajki. Biznesmen, pomaga matce 10tysięcy miesięcznie, dla niego jak i dla mnie to grosze, ale chociaż on czuje się w obowiązku, bo ja nie. Jednak mamy dobre stosunki, o mojej robocie nawet nie rozmawiamy, to temat tabu.
Dziewczyna nie wybudzała się, więc wziąłem ją na ręce i położyłem w pokoju na łóżku a w między czasie sprawdziłem forsę i towar, wszystko odliczone i schowane.
Rano zszedłem na dół, Mia jeszcze spała a ja dalej byłem w szoku, że pamiętam jej imię. Nie wyglądała na kogoś, kto bierze ten syf. Wynosiłem śmieci na pokaz, by sąsiedzi nie mieli nawet cienia podejrzeń.
I napotkał mnie wysłannik kogoś, kogo się nie spodziewałem.
-Co tu robisz?
-Musisz się z nim spotkać, pilnie czegoś chce. - mówiła Billie.
-Miałaś tu nie przychodzić.
-Ale to pilne, ja nie mogę z nim dalej korespondować, wciąż mnie śledzi.
-Chce szantażu, nic nowego.
-Błagam...
-Przemyślę to. A teraz się zmywaj. - burknąłem do przyjaciółki a gdy ta odeszła wróciłem do góry.
Oby Mia coś pamiętała, wolałbym nie przeżyć oskarżeń, że między nami coś było jak to kobiety mają w naturze po baletach. Musiałem zacząć załatwiać sprawy, więc oby czuła się dobrze po ekstazy.
Gdy nagle zaczęła wymiotować.
-Cholera, dziewczyno, rozbrajasz mnie.
Świetnie, boki zrywać.
Mamrotała coś pod nosem, ale musiałem jej pomóc. Była 6 rano, więc godzinę po przyjeździe miała zwrot narkotyków z organizmu. Dobrze, że tak to się dla niej skończyło.
-Żebym musiał się tak brudzić... - parsknąłem pod nosem i otworzyłem drzwi wchodząc do długiego korytarza prowadzącego do ''biura'' Starego.
W środku była jakaś dziewczyna, na oko 18 lat, tleniona blondynka w różowej kurtce futrzanej i wysokich kozakach. Odwróciła się, cały nos miała uwalony kokainą, a dłużnik z rozpiętą koszulą poderwał się jak poparzony spoglądając na mnie.
-Wyjdź. - kazałem dziewczynie, jednak ona ani drgnęła, stała jak ten słup soli i wpatrywała się we mnie jak sroka w... gnat.
-Luiza słonko, zostaw nas samych. - zmiękczył głos Stary a dziewczyna powoli, jakby była na pokazie mody przeszła obok mnie i wyszła nie zamykając drzwi.
-Cholera! Drzwi! - Stary ruszył z miejsca i zamknął je. - Co tam, Dean?
-Jak tam pieniądze się mają?
-Eh... co ja jestem, wróżka?
-Słuchaj... Nie będę groził ci lufą przed twarzą bo to nie ma sensu, tylko się zestresujesz. Po co robić teatr? Układ jest taki, dajesz mi udziały w tym klubie i połowę kasy oddajesz. Dziś albo nie ja będę cię ścigał.
-Na Boga, Dean, proszę... zobacz! Patrz! - pokazał kilogram kokainy na stole. - Weź!
Roześmiałem się.
-Żartujesz, mam nadzieję. Poważnie rozmawiamy. Miałeś czas na zastanowienie się.
-Kurwa, Dean, jak ty mnie potrafisz wyprowadzić z równowagi..
-Zawsze mogę ci sprzedać kulkę, wiesz, że dla mnie to nie problem.
-Dobra, niech ci kurna będzie... - opadł na fotel.
-Jutro widzę wszystkie formalności, i schowaj to, na litość...
Sam nigdy nie ćpałem. Ja tylko sprzedawałem towar. Jednak znałem się na tym biznesie jak nikt inny. Na każdych narkotykach się znałem, jednak ten był kopalnią złota.
Do drzwi znów ktoś zapukał, ochroniarz. Przyczołgał dwóch małolatów, mieli może po 12 lat. Stary jak wryty spoglądał na młodzieniaszków, dziewczynę ściętą na chłopaka i niższego od niej grzdyla.
-Co ty mi tu żłobek urządzasz, Henry? - burknął Stary.
-Brali coś, ale nie mówią co.
-Za co ja ci płacę. - machnął ręką i podszedł do dzieciaków. - Co braliście i skąd?
-My tylko... przyszliśmy zobaczyć jak tu wygląda...
-I postanowiliście sobie powciągać? Co wzięliście?
-Nic... n...naprawdę...
-Kurwa, dawać telefony i zawiadamiam rodziców. - odparł rzucając się nerwowo.
-Nie! No... barman miał takie coś... Gwen odeszła a ja widziałem, jak coś jej dodaje...
-Coś ty pierdolisz młody...
Nagle usłyszeliśmy krzyki z toalety, kobiece.
-Sprawdź to. - rozkazał do ochroniarza. - Ktoś się pewnie bzyka.
-Nie wygląda to na bzykanie. - odparłem zdenerwowany całą sytuacją bo nawet ta sprawa z bachorami mnie nie dotyczy. Zawinąłem manatki i wyszedłem w stronę wyjścia, gdy z toalety dobiegły mnie ponownie krzyki, ale o pomoc.
Kurwa, bohater się obudził we mnie czy co?
W toalecie jakiś dwóch kolesi dobierało się do też napalonych dwóch lasek, ale w każdym razie ta jedna nie chciała tego. Ekstazy?
Podszedłem do kolesi, jednego oderwałem wręcz od jednej z nich i głową uderzyłem o umywalkę, a drugiemu sprzedałem bombę i wylądował w kiblu.
-Zabierajcie się stąd.
-Aleś ty przystojny... - jakby nie dotarło, ta druga chyba była w gorszym stanie.
-Dobra, gdzie mieszkacie?
Ta co się nie odzywała płakała, najwyraźniej mniej wypiła z drinka w którym był narkotyk.
-Może u ciebie?
-Ty, może odpowiesz za koleżankę, bo chcę was podrzucić. Nic wam nie zrobię.
-Yhm... Avenue 21/6... - wymamrotała ta druga.
Wyprowadziłem je stamtąd. Wsiadły do tyłu a ja pojechałem na adres. Znałem wszystkie w mieście, dosłownie, więc nie miałem problemu z trafieniem. Odstawiłem jedną, a druga widocznie ze stresu zapomniała gdzie ma klucze.
-Dam sobie radę...
-Jasne, wsiadaj.
-Co? Nie...!
-Uspokój się, nic ci nie zrobię. Jestem Dean.
-Mia...
-Ktoś jest w domu?
-Nie... cholera...
-Zabiorę cię do siebie. Mam dwa mieszkania, ja nie będę spał więc odeśpisz a potem poszukasz kluczy.
-To zły pomysł...
-Złym pomysłem było branie tego gówna i zostawianie drinków na ladzie.
Zabrałem ją, chociaż sam nie wiem czemu. Może nie miałem co robić? Oprócz odsypiania nocnego życia dilera to nic innego nie robiłem.
Gdy prowadziłem do siebie, bo dziewczyna spała zadzwonił mój telefon. No proszę...
-Kogo moje uszy słyszą, Matt?
-Stary, wróciłem z Majorki.
-Co ty nie powiesz. - parsknąłem. - Gdzie jesteś?
-U matki, narzekała na ciebie przez sen.
-Ta, ciągle to robi. Brachu, zgadamy się w dzień, mam tu trupa na tyłach.
-Kogo znowu zabiłeś?
-Jezu, muszę zawsze zabijać? - roześmiałem się. - Wiozę dziewczynę, misja ratunkowa, dzień dobroci dla zwierząt.
-Dziewczynę!? Już myślałem, że jesteś gejem...
-Przywalę ci, przysięgam.
-Dobra! Do potem młody.
Matt to mój starszy brat, jednak on jest z innej bajki. Biznesmen, pomaga matce 10tysięcy miesięcznie, dla niego jak i dla mnie to grosze, ale chociaż on czuje się w obowiązku, bo ja nie. Jednak mamy dobre stosunki, o mojej robocie nawet nie rozmawiamy, to temat tabu.
Dziewczyna nie wybudzała się, więc wziąłem ją na ręce i położyłem w pokoju na łóżku a w między czasie sprawdziłem forsę i towar, wszystko odliczone i schowane.
Rano zszedłem na dół, Mia jeszcze spała a ja dalej byłem w szoku, że pamiętam jej imię. Nie wyglądała na kogoś, kto bierze ten syf. Wynosiłem śmieci na pokaz, by sąsiedzi nie mieli nawet cienia podejrzeń.
I napotkał mnie wysłannik kogoś, kogo się nie spodziewałem.
-Co tu robisz?
-Musisz się z nim spotkać, pilnie czegoś chce. - mówiła Billie.
-Miałaś tu nie przychodzić.
-Ale to pilne, ja nie mogę z nim dalej korespondować, wciąż mnie śledzi.
-Chce szantażu, nic nowego.
-Błagam...
-Przemyślę to. A teraz się zmywaj. - burknąłem do przyjaciółki a gdy ta odeszła wróciłem do góry.
Oby Mia coś pamiętała, wolałbym nie przeżyć oskarżeń, że między nami coś było jak to kobiety mają w naturze po baletach. Musiałem zacząć załatwiać sprawy, więc oby czuła się dobrze po ekstazy.
Gdy nagle zaczęła wymiotować.
-Cholera, dziewczyno, rozbrajasz mnie.
Świetnie, boki zrywać.
Mamrotała coś pod nosem, ale musiałem jej pomóc. Była 6 rano, więc godzinę po przyjeździe miała zwrot narkotyków z organizmu. Dobrze, że tak to się dla niej skończyło.
poniedziałek, 28 stycznia 2019
Od Mii
Niko wyjechał i tak nie ubłaganie nadeszły moje urodziny. Klara i Laura od raza dzwoniły do mnie na zmianę by omówić szczegóły wypadu do klubu. Wolałam szczerze spędzić ten dzień w łóżku ale nie mogłam, przyszły by po mnie i chyba śmierć by mnie uchroniła od wieczornej imprezy. Na szczęście było już po egzaminach i miałam 2 tygodnie przerwy.
-Mia masz się ubrać w tą kieckę. -powiedziała Klara kiedy już szykowałyśmy się na imprezę w moim domu.
Pokazała mi małą czarną sukienkę. Miałam figurę idealna na obcisłe sukienki a i dekolt nie świecił pustkami ale wolałam bardziej skromne kreacje.
-Nie wiem...-powiedziałam nie przekonana.
-Nie ma innej opcji kochana.-powiedziała Laura.
-Do tego te czarne pończochy i czarne szpilki.
Ubrałam się i umalowałam się. Laura była fryzjerką więc bez namawiania zabrała się za moje włosy.
-Masz cudowne włosy.. chciałabym takie.-powiedziała.
-Myślałam by je obciąć.
-Co? Żartujesz! Masz włosy po tyłek i to zadbane!
-Nie wiem.. może jakbym.. chciałabym by Niko więcej czasu spędzał ze mną.

Przytuliły mnie.
-Wiesz że się spełnia. Kto jak kto ale ty to powinnaś rozumieć. Sama dążysz do swoich celów.
-Wiem ale nadal mi ciężko.
-A ja nawet chłopaka na stałe nie umiem utrzymać-powiedziała Klara śmiejąc się.
Nooo.. zaliczała się do tych łatwiejszych dziewczyn więc każdy szukał u mniej seksu a nie miłości. Wszyscy o tym wiedzieli.
Laura zrobiła mi takiego "koka w nieładzie". Wypiłyśmy jeszcze kilka drinków kiedy byłyśmy już gotowe.
Taksówką dojechałyśmy do klubu. Dziewczyny wcześniej nie chciały zdradzić gdzie dokładniej się wybieramy. Okazało się że wybrały jeden z lepszych klubów jednak tu zdarzały się często incydenty z narkotykami a i nawet z tabletkami gwałtu. Jak w każdym klubie znaleźli się debile którzy nie umieją normalnie żyć.
Ochroniarz nas wpuścił bez problemu. Głośna muzyka i tłum ludzi, nie przyznam ale tęskniłam za tym. Dawno nie imprezowałam ze względu na naukę.
Podeszłyśmy do baru.
-Sześć shot'ow z pomarańczą. -powiedziałam.
Wypiłyśmy od razu po dwa i zagryzłyśmy kawałkiem pomarańczy. Miałam głowę do picia.
-Mam coś.-powiedziała Klara.
Poszłyśmy do łazienki.
-O co chodzi?-zapytałam.
-Ekstazy. -powiedziała jak byłyśmy we 3 w kabinie.
-Nie chcę.-powiedziałam.
Nie byłam za narkotykami a wręcz nie akceptowałam ich jednak każdy miał wolną wolę i decydował o sobie.
Wyszłam zostawiając je we dwie.
-Idę zamówić drinki-powiedziałam do nich
-Zaraz dołączymy.
Podeszłam do baru i poprosiłam o to samo. Jakiś typek chciał mi piwo postawić ale go spławiłam.
Wróciły dziewczyny.
Laura były mimo wszystko jakaś delikatnie zestresowana.
-Zapomniałam czegoś z łazienki chodź ze mną Mia.-powiedziała po czym spojrzała na Klarę.
-Idźcie jak popilnuje drinków. -powiedziała Klara.
Poszłam z Laurą.
-Dużo wzięłyście?-zapytałam w trosce.
-Nie, spokojnie.-powiedziała.
Zajrzała do torebki.
-Ale ze mnie gapa. Jednak nie zapomniałam.
Przewróciłam z uśmiechem oczami i wróciłyśmy do Klary.
Nie wiedziałam że to ukartowały i w międzyczasie jak Laura mnie odciągała to Klara dosypała mi czegoś do drinka.
Wypiłyśmy i poszłyśmy na parkiet.
-Mia masz się ubrać w tą kieckę. -powiedziała Klara kiedy już szykowałyśmy się na imprezę w moim domu.
Pokazała mi małą czarną sukienkę. Miałam figurę idealna na obcisłe sukienki a i dekolt nie świecił pustkami ale wolałam bardziej skromne kreacje.
-Nie wiem...-powiedziałam nie przekonana.
-Nie ma innej opcji kochana.-powiedziała Laura.
-Do tego te czarne pończochy i czarne szpilki.
Ubrałam się i umalowałam się. Laura była fryzjerką więc bez namawiania zabrała się za moje włosy.
-Masz cudowne włosy.. chciałabym takie.-powiedziała.
-Myślałam by je obciąć.
-Co? Żartujesz! Masz włosy po tyłek i to zadbane!
-Nie wiem.. może jakbym.. chciałabym by Niko więcej czasu spędzał ze mną.

Przytuliły mnie.
-Wiesz że się spełnia. Kto jak kto ale ty to powinnaś rozumieć. Sama dążysz do swoich celów.
-Wiem ale nadal mi ciężko.
-A ja nawet chłopaka na stałe nie umiem utrzymać-powiedziała Klara śmiejąc się.
Nooo.. zaliczała się do tych łatwiejszych dziewczyn więc każdy szukał u mniej seksu a nie miłości. Wszyscy o tym wiedzieli.
Laura zrobiła mi takiego "koka w nieładzie". Wypiłyśmy jeszcze kilka drinków kiedy byłyśmy już gotowe.
Taksówką dojechałyśmy do klubu. Dziewczyny wcześniej nie chciały zdradzić gdzie dokładniej się wybieramy. Okazało się że wybrały jeden z lepszych klubów jednak tu zdarzały się często incydenty z narkotykami a i nawet z tabletkami gwałtu. Jak w każdym klubie znaleźli się debile którzy nie umieją normalnie żyć.
Ochroniarz nas wpuścił bez problemu. Głośna muzyka i tłum ludzi, nie przyznam ale tęskniłam za tym. Dawno nie imprezowałam ze względu na naukę.
Podeszłyśmy do baru.
-Sześć shot'ow z pomarańczą. -powiedziałam.
Wypiłyśmy od razu po dwa i zagryzłyśmy kawałkiem pomarańczy. Miałam głowę do picia.
-Mam coś.-powiedziała Klara.
Poszłyśmy do łazienki.
-O co chodzi?-zapytałam.
-Ekstazy. -powiedziała jak byłyśmy we 3 w kabinie.
-Nie chcę.-powiedziałam.
Nie byłam za narkotykami a wręcz nie akceptowałam ich jednak każdy miał wolną wolę i decydował o sobie.
Wyszłam zostawiając je we dwie.
-Idę zamówić drinki-powiedziałam do nich
-Zaraz dołączymy.
Podeszłam do baru i poprosiłam o to samo. Jakiś typek chciał mi piwo postawić ale go spławiłam.
Wróciły dziewczyny.
Laura były mimo wszystko jakaś delikatnie zestresowana.
-Zapomniałam czegoś z łazienki chodź ze mną Mia.-powiedziała po czym spojrzała na Klarę.
-Idźcie jak popilnuje drinków. -powiedziała Klara.
Poszłam z Laurą.
-Dużo wzięłyście?-zapytałam w trosce.
-Nie, spokojnie.-powiedziała.
Zajrzała do torebki.
-Ale ze mnie gapa. Jednak nie zapomniałam.
Przewróciłam z uśmiechem oczami i wróciłyśmy do Klary.
Nie wiedziałam że to ukartowały i w międzyczasie jak Laura mnie odciągała to Klara dosypała mi czegoś do drinka.
Wypiłyśmy i poszłyśmy na parkiet.
poniedziałek, 14 stycznia 2019
Od Deana
Wjechałem na ulicę gdzie mieszkał Stary, na ciemnej, brudnej pełnej pseudo-dilerów, dziwek, patologii i tego, co na takich dzielnicach najgorsze. Stary oddychał głośno, sapiąc i wydając z siebie dziwne, niepokojące dźwięki, jakby był chory na nadciśnienie. Mijałem kamienice z kruszących się czerwonych cegieł, masę śmieci przy krawężnikach i pijanych nastolatków siedzący na nich. Nie interesowało mnie, z kim i jakie życie prowadzi Stary. Mnie obchodziła kasa i moje długi, a było ich sporo. Daję możliwość brania kokainy na ''kreskę'', pod warunkiem, że odda hajs w przeciągu tygodnia, a jak nie mam czasu to nawet potrafią przeciągnąć to do 4 tygodni. Szkoda, bo ci co brali byli nawet celebrytami, politykami, kucharzami a nawet dobrymi prawnikami czy też sędziami. Każdy na świecie bierze koks, może to być nawet nauczyciel.
Aczkolwiek tym, którzy przeciągali i brali, kończyło się źle. Czemu więc opychałem to gdy wiedziałem, że się zadłużają? Otóż, ja nie odmawiam, po prostu daję. A dla mnie to zysk, bo tak czy siak przestraszy się i odda całość jeszcze z nadwyżką.
-Nie pal w aucie. - odparłem, wpatrując się w ciemne ulice. Jechałem tu dość wolno, nigdy nie byłem pewien czy żaden ćpun nie wjedzie mi na ulicę czy na maskę.
Stary zaczął kaszleć tak głośno, że podgłosiłem radio.
-Dean, nie wkurwiaj mnie, ja cię proszę... - pogroził palcem dusząc się z każdym słowem. - I wyłącz to gówno!
Swoją drogą, nie należał do osób kulturalnych ani też inteligentnych a nawet mądrych czy przeciętnych. Był po prostu tępy.
-To nie gówno, to Beethoven, a po drugie jak się coś nie podoba to wypad. - odparłem spokojnym tonem. - Módl się, żebyś miał pieniądze w mieszkaniu, bo wtedy ja się wkurwię.
Zamilkł i wyrzucił papierosa przez okno wstrzymując powietrze. Zatrzymałem się, zgasiłem auto i wyszedłem z niego akurat patrząc kątem oka jak Stary próbuje ze stresu otworzyć drzwi od klatki. Co jeszcze zabawniejsze, był po koksie.
Gdy otworzył drzwi pognał do drzwi na parterze po lewej i wpuścił mnie nawet nie zamykając drzwi. W środku czułem smród papierosów, zgniłych śmieci i alkoholu, a wszędzie rozrzucone ubrania.
-Gdzie Doris? - spytałem o jego żonę, otyłą i okropnie paskudną z charakteru.
-Powinny tu być... Powinny...- Stary w agonii szukał kasy a ja spokojnie rozglądałem się po pokoju.
-Spokojnie Stary, mam czas. - zaśmiałem się siadając na kanapie.Tymczasem Stary wybiegł z pokoju z kartonem i usiadł naprzeciwko mnie wyjmując na oko 30 tysięcy dolarów.
-To wszys...wszystko co mmam... - wymamrotał wielkimi oczami wpatrując się we mnie.
Roześmiałem się.
-Stary... - odparłem rozbawiony. - Wisisz mi 50 koła, gdyby nie to, że raz ci pomogłem. Raz. Drugi nie przejdzie.
-Nie mam więcej... ale będę miał, jutro...
-Odsprzedasz mi udziały. 50%. Wtedy może być 30 tysięcy.
-Nie mogę, przecież wiesz... ja...
-Tak czy nie, odpowiedzi nie masz tak wiele.
-Dean...
-Jeśli nie wykonuję jeden ruch i cię będą psy zbierały.
-D...DOBRA! Dobra....
-Świetnie. Jutro to dogadamy. Miło się ubija interesy.
Wziąłem pieniądze i otworzyłem drzwi.
-Astan cię szuka.
Spojrzałem na niego, mówił serio.
-Po co?
-Ma do ciebie interes...
-Przekaż mu, że w niczym mu nie pomogę.
Wyszedłem i podążyłem do auta. Gdy wszedłem do drugiego mieszkania około 2 w nocy zanieść pieniądze czekała na mnie Billie.
-Co tu robisz?
-Mam wiadomość...
-Astan? Wiem.
-Skąd? - parsknęła śmiechem.
-Po prostu.
-On ma do ciebie jakiś wielki biznes, Dean.
Z Astanem raz pojechałem do Holandii po towar, zwiedzić trochę świata. Nigdy nie mam wolnego, ale wtedy przy okazji odbierania mogłem się dorobić o pare tysięcy dolarów. Ale mnie wydymał. I od dwóch lat go szukam, po roku odpuściłem. Jestem najlepszy w tym co robię, nieuchwytny, cichy i kumaty od dzieciaka, i tak to leci. Ale praca z nim byłaby błędem i kolejnym gównem.
Aczkolwiek tym, którzy przeciągali i brali, kończyło się źle. Czemu więc opychałem to gdy wiedziałem, że się zadłużają? Otóż, ja nie odmawiam, po prostu daję. A dla mnie to zysk, bo tak czy siak przestraszy się i odda całość jeszcze z nadwyżką.
-Nie pal w aucie. - odparłem, wpatrując się w ciemne ulice. Jechałem tu dość wolno, nigdy nie byłem pewien czy żaden ćpun nie wjedzie mi na ulicę czy na maskę.
Stary zaczął kaszleć tak głośno, że podgłosiłem radio.
-Dean, nie wkurwiaj mnie, ja cię proszę... - pogroził palcem dusząc się z każdym słowem. - I wyłącz to gówno!
Swoją drogą, nie należał do osób kulturalnych ani też inteligentnych a nawet mądrych czy przeciętnych. Był po prostu tępy.
-To nie gówno, to Beethoven, a po drugie jak się coś nie podoba to wypad. - odparłem spokojnym tonem. - Módl się, żebyś miał pieniądze w mieszkaniu, bo wtedy ja się wkurwię.
Zamilkł i wyrzucił papierosa przez okno wstrzymując powietrze. Zatrzymałem się, zgasiłem auto i wyszedłem z niego akurat patrząc kątem oka jak Stary próbuje ze stresu otworzyć drzwi od klatki. Co jeszcze zabawniejsze, był po koksie.
Gdy otworzył drzwi pognał do drzwi na parterze po lewej i wpuścił mnie nawet nie zamykając drzwi. W środku czułem smród papierosów, zgniłych śmieci i alkoholu, a wszędzie rozrzucone ubrania.
-Gdzie Doris? - spytałem o jego żonę, otyłą i okropnie paskudną z charakteru.
-Powinny tu być... Powinny...- Stary w agonii szukał kasy a ja spokojnie rozglądałem się po pokoju.
-Spokojnie Stary, mam czas. - zaśmiałem się siadając na kanapie.Tymczasem Stary wybiegł z pokoju z kartonem i usiadł naprzeciwko mnie wyjmując na oko 30 tysięcy dolarów.
-To wszys...wszystko co mmam... - wymamrotał wielkimi oczami wpatrując się we mnie.
Roześmiałem się.
-Stary... - odparłem rozbawiony. - Wisisz mi 50 koła, gdyby nie to, że raz ci pomogłem. Raz. Drugi nie przejdzie.
-Nie mam więcej... ale będę miał, jutro...
-Odsprzedasz mi udziały. 50%. Wtedy może być 30 tysięcy.
-Nie mogę, przecież wiesz... ja...
-Tak czy nie, odpowiedzi nie masz tak wiele.
-Dean...
-Jeśli nie wykonuję jeden ruch i cię będą psy zbierały.
-D...DOBRA! Dobra....
-Świetnie. Jutro to dogadamy. Miło się ubija interesy.
Wziąłem pieniądze i otworzyłem drzwi.
-Astan cię szuka.
Spojrzałem na niego, mówił serio.
-Po co?
-Ma do ciebie interes...
-Przekaż mu, że w niczym mu nie pomogę.
Wyszedłem i podążyłem do auta. Gdy wszedłem do drugiego mieszkania około 2 w nocy zanieść pieniądze czekała na mnie Billie.
-Co tu robisz?
-Mam wiadomość...
-Astan? Wiem.
-Skąd? - parsknęła śmiechem.
-Po prostu.
-On ma do ciebie jakiś wielki biznes, Dean.
Z Astanem raz pojechałem do Holandii po towar, zwiedzić trochę świata. Nigdy nie mam wolnego, ale wtedy przy okazji odbierania mogłem się dorobić o pare tysięcy dolarów. Ale mnie wydymał. I od dwóch lat go szukam, po roku odpuściłem. Jestem najlepszy w tym co robię, nieuchwytny, cichy i kumaty od dzieciaka, i tak to leci. Ale praca z nim byłaby błędem i kolejnym gównem.
niedziela, 13 stycznia 2019
Od Mii
Poranne słońca muskało moja dopiero co wybudzoną twarz. Otworzyłam oczy i odwróciłam się by zobaczyć puste miejsce obok mnie na łóżku.
-Niko?-zapytałam.
Odpowiedziała mi cisza. Wyszłam z łóżka i założyłam szlafrok. W kuchni też go nie było. Zobaczyłam karteczkę na drzwiczkach od lodówki.
"Dzień dobry kochanie. Jestem u chłopków, ćwiczymy przed koncertem. Przyjdę na kolację. Kocham Cię"
Nikolas był gitarzystą i razem z chłopakami założyli zespół. Na początku szło im słabo ale teraz wybili się i mają już zlecenia na koncerty w większych miastach. Nie byłam co do tego przekonana, często nie było go w domu a już szczególnie jak wyruszał w trasę. Nie martwiłam się o niego. Nigdy nie dawał mi ku temu powodów. Nie zdradziłby mnie mimo iż w trasie spędza bardzo dużo czasu i nie jedna fanka by chciała go uwieść.
Napiłam się soku i poszłam się ogarnąć. Na 10 miałam być na uczelni. Byłam bardzo punktualną osobą więc musiałam się śpieszyć.
Godzinę później byłam już w drodze. Zaparkowałam na przeciwko uczelni i pobiegłam do przejścia dla pieszych. Ciężko było przejść ponieważ była to droga na dwa pasy w każdą stronę. Na moje szczęście jakiś starszy pan zatrzymał się więc ruszyłam pośpiesznie by zaraz się gwałtownie zatrzymać. Jakiś chłopak z piskiem zatrzymał samochód. Pokręciłam głową i przeszłam na drugą stronę. Na tych pasach nie raz dochodziło do potrącenia i to nawet w nocy kiedy był bardzo mały ruch. Nie raz pisaliśmy do burmistrza w sprawie zamontowania tu świateł. Na nic jednak były nasze listy, ponieważ budżet miasta na to nie pozwalał co było dla mnie absurdalne.
Weszłam do uczelni i zdążyłam do klasy. Usiadłam w pieszym rzędzie. Profesor jak zwykle zaczął zajęcia wypytując nas.
-Co oznacza zasada "ignorantio iuris nocet"?
-Nieznajomość prawa szkodzi. Nieznajomość norm prawa nie uchyla odpowiedzialności prawnej.-powiedziałam najszybciej z grupy.
-Co oznacza "dura lex, send lex"?-zapytałam patrząc już tylko na mnie.
-Twarde prawo ale prawo.-powiedziałam.
-"Lex retro non agit"?
-Prawo nie działa wstecz.-odparłam.
Zadał mi jeszcze kilka pytań i przeszedł do zajęć. Nie ukrywałam że byłam prymuską. Ciężko mi było się od małego uczyć. Chodziłam do słabych szkół, nie miałam pieniędzy na korepetycje. Jednak dawałam sobie świetnie radę aż w końcu sama zaczęłam udzielać korepetycji nawet dzieciakom z klasy wyżej ode mnie. Wyprzedzałam materiał o dwie klasy. W wakacje siedziałam w książkach. Mimo to miałam czas na wypady ze znajomymi i na spotkania z Nikolasem. Miałam pamięć wzrokową dlatego tak łatwo wszystko przyswajałam.
***
Wieczorem wykończona wróciłam na 19 do domu. Niko już był.
-Jak ci minął dzień?-zapytał dając mi buziaka na przywitanie.
-Jak na zajęciach. Trudny materiał i wymagający profesorzy.
-Nie dziwiłbym się jakby cie wywalili, normalnie zagrażasz profesorom... nie bądź taka skromna wiem że nie musisz zakuwać do egzaminów bo i tak to zdasz z zamkniętymi oczami.
-Nie prawda, jeszcze sporo przede mną.
-Moja skromnisia.
Przewróciłam oczami. Niko ukończył tylko technikum, nie poszedł dalej do szkoły mimo iż go namawiałam. Pomagałam mu w nauce i wiedziałam że poradziłby sobie w akademii muzycznej do której planował iść. Mógłby zostać profesorem. Nauczać innych. Jednak postanowił inaczej.
-Za tydzień zaczynam praktyki.
-Ja w czwartek wyjeżdżam z chłopakami, to dobrze bo i tak byśmy się nie widzieli.
-Na ile jedziecie?
-Miesiąc.
-Co? Serio?
-Mamy kilka kontraktów. To nasza szansa.
-Za dwa tygodnie mam urodziny..
-Pogadamy przez kamerkę. Pójdziesz sobie z dziewczynami do klubu.
-Wiesz że wolałabym wieczór we dwoje. -powiedziałam dąsając się.
-Wynagrodzę Ci to.
-Zawsze mi to wynagradzasz..
Walentynki, moje imieniny już 2 razy urodziny i pół wakacji. Zawsze go nie było. Jednak starałam się go wspierać. Kochałam go i jego szczęście było dla mnie najważniejsze.
-Niko?-zapytałam.
Odpowiedziała mi cisza. Wyszłam z łóżka i założyłam szlafrok. W kuchni też go nie było. Zobaczyłam karteczkę na drzwiczkach od lodówki.
"Dzień dobry kochanie. Jestem u chłopków, ćwiczymy przed koncertem. Przyjdę na kolację. Kocham Cię"
Nikolas był gitarzystą i razem z chłopakami założyli zespół. Na początku szło im słabo ale teraz wybili się i mają już zlecenia na koncerty w większych miastach. Nie byłam co do tego przekonana, często nie było go w domu a już szczególnie jak wyruszał w trasę. Nie martwiłam się o niego. Nigdy nie dawał mi ku temu powodów. Nie zdradziłby mnie mimo iż w trasie spędza bardzo dużo czasu i nie jedna fanka by chciała go uwieść.
Napiłam się soku i poszłam się ogarnąć. Na 10 miałam być na uczelni. Byłam bardzo punktualną osobą więc musiałam się śpieszyć.
Godzinę później byłam już w drodze. Zaparkowałam na przeciwko uczelni i pobiegłam do przejścia dla pieszych. Ciężko było przejść ponieważ była to droga na dwa pasy w każdą stronę. Na moje szczęście jakiś starszy pan zatrzymał się więc ruszyłam pośpiesznie by zaraz się gwałtownie zatrzymać. Jakiś chłopak z piskiem zatrzymał samochód. Pokręciłam głową i przeszłam na drugą stronę. Na tych pasach nie raz dochodziło do potrącenia i to nawet w nocy kiedy był bardzo mały ruch. Nie raz pisaliśmy do burmistrza w sprawie zamontowania tu świateł. Na nic jednak były nasze listy, ponieważ budżet miasta na to nie pozwalał co było dla mnie absurdalne.
Weszłam do uczelni i zdążyłam do klasy. Usiadłam w pieszym rzędzie. Profesor jak zwykle zaczął zajęcia wypytując nas.
-Co oznacza zasada "ignorantio iuris nocet"?
-Nieznajomość prawa szkodzi. Nieznajomość norm prawa nie uchyla odpowiedzialności prawnej.-powiedziałam najszybciej z grupy.
-Co oznacza "dura lex, send lex"?-zapytałam patrząc już tylko na mnie.
-Twarde prawo ale prawo.-powiedziałam.
-"Lex retro non agit"?
-Prawo nie działa wstecz.-odparłam.
Zadał mi jeszcze kilka pytań i przeszedł do zajęć. Nie ukrywałam że byłam prymuską. Ciężko mi było się od małego uczyć. Chodziłam do słabych szkół, nie miałam pieniędzy na korepetycje. Jednak dawałam sobie świetnie radę aż w końcu sama zaczęłam udzielać korepetycji nawet dzieciakom z klasy wyżej ode mnie. Wyprzedzałam materiał o dwie klasy. W wakacje siedziałam w książkach. Mimo to miałam czas na wypady ze znajomymi i na spotkania z Nikolasem. Miałam pamięć wzrokową dlatego tak łatwo wszystko przyswajałam.
***
Wieczorem wykończona wróciłam na 19 do domu. Niko już był.
-Jak ci minął dzień?-zapytał dając mi buziaka na przywitanie.
-Jak na zajęciach. Trudny materiał i wymagający profesorzy.
-Nie dziwiłbym się jakby cie wywalili, normalnie zagrażasz profesorom... nie bądź taka skromna wiem że nie musisz zakuwać do egzaminów bo i tak to zdasz z zamkniętymi oczami.
-Nie prawda, jeszcze sporo przede mną.
-Moja skromnisia.
Przewróciłam oczami. Niko ukończył tylko technikum, nie poszedł dalej do szkoły mimo iż go namawiałam. Pomagałam mu w nauce i wiedziałam że poradziłby sobie w akademii muzycznej do której planował iść. Mógłby zostać profesorem. Nauczać innych. Jednak postanowił inaczej.
-Za tydzień zaczynam praktyki.
-Ja w czwartek wyjeżdżam z chłopakami, to dobrze bo i tak byśmy się nie widzieli.
-Na ile jedziecie?
-Miesiąc.
-Co? Serio?
-Mamy kilka kontraktów. To nasza szansa.
-Za dwa tygodnie mam urodziny..
-Pogadamy przez kamerkę. Pójdziesz sobie z dziewczynami do klubu.
-Wiesz że wolałabym wieczór we dwoje. -powiedziałam dąsając się.
-Wynagrodzę Ci to.
-Zawsze mi to wynagradzasz..
Walentynki, moje imieniny już 2 razy urodziny i pół wakacji. Zawsze go nie było. Jednak starałam się go wspierać. Kochałam go i jego szczęście było dla mnie najważniejsze.
sobota, 12 stycznia 2019
Od Deana
Krążyłem piątkowym wieczorem swoim audi R8 t, zastanawiając się co dziś będę robił. Oprócz planów zobaczenia się z Billie to teoretycznie nic, jeśli biorąc pod uwagę dostarczenie towaru do ludzi. W swoim mieszkaniu nie chowam kasy ani materiału, byłbym idiotą gdybym kokainę i forsę trzymał w domu. Wynajmuję drugie, bo mnie na to stać. Drugie po to, by tam chować 50 tysięcy euro w gotówce i parę kilogramów kokainy. Co jakiś czas się tam pokazuję by sąsiedzi nic nie podejrzewali, ale to osiedle składa się ze starych ludzi, których nic nie obchodzi tylko cisza i spokój. Czasem nawet na noc zostawiam cicho włączoną muzykę by wyglądało, że ktoś tam jest. Mieszkanie należy do siostry Billie, która nie pytała nawet, po co mi drugie. Obie były zdrowo walnięte, jednak Samantha była od niej starsza, miała dwójkę dzieci i męża, a Billie... Billie wiecznie ma głowę w chmurach, razem ze swoją ciemną duszą i depresją. Jednak nigdy o tym nie gadamy jeśli nie chce. Nie mam przyjaciół wcale, bo po co? Nie obracam lasek, nie interesuje mnie miłość ani coś w tym guście bo to nie istnieje. Billie czuje do mnie wielką sympatię i szacunek, lubimy gadać albo milczeć wspólnie. Wie o tym kim jestem, nie raz otarłem się porządnie o kłopoty, jednak na szczęście ona ma kontakty bo ma kasę. I zna wszystkich. Wszystkich wpływowych.
Wchodząc do jednego z pobliskich barów, gdzie nikt mnie nie kojarzy zauważyłem te bujne, rozczochrane włosy. Billie kiwnęła głową i poszła po schodach na dach. To jeden z jej barów, jest właścicielką niektórych, stąd trzepie kasę bo ma do biznesów głowę.
Na dachu miała stolik i dwa krzesła. Usiadła na jednym z nich i spoglądała na popielniczkę zabrudzoną popiołem.
-Napijesz się czegoś? - spytałem, a ona wykrzywiła twarz na milion sposobów.
-A co proponujesz?
-Nie wiem, co masz w asortymencie swoich klubów.
-A wiesz co? Pieprzyć to, chodź na dół. Siedzę tu cały dzień, do cholery.
Była zmienna, zaraz powie, że chce wracać na górę, bo tu jest za głośno. Ale wciąż ją lubiłem.
Gdy piliśmy jedno z piw obserwując tych wszystkich ludzi, naćpanych jak stodoła nawet nie mówiliśmy nic, bo nie musieliśmy. Widziałem, że coś nie gra ale wiedziałem, że powie mi sama gdy będzie chciała.
-Dean, a przypadkiem tam nie stoi Lucy?
Obejrzałem się i znalazłem ją wzrokiem, stała i paliła papierosa, słuchając, a raczej udając, że słucha, jakiś kolesi. Lucy to moja była, rzuciła mnie bo nie chciała więcej ''żyć w strachu''. Może i słusznie, ale kochałem ją, dawałem jej wszystko czego chciałem, a nie to co ona chciała. Odwróciłem szybko wzrok i spojrzałem na butelkę piwa.
Nie myśl o niej, wymaż ją...
Bum, i myśl zniknęła.
-Boli? Poważnie? - parsknęła spoglądając wciąż na Lucy.
-Mam ją gdzieś.
-Jasne. Wiem. - odparła. - Telefon ci dzwoni.
-Hm? - spojrzałem na przyjaciółkę i na telefon ''służbowy'' który wibrował na blacie. Odebrałem. - Kto mówi?
-Ty już kurna nie poznajesz numerów? - Stary parsknął, pewnie opluwając przy tym telefon.
-Czego chcesz?
-Jakiś koleś chciał zajebać mi towar.
-Chyba za dużo wypiłeś.
-Jak nie przyjedziesz i nie doprowadzisz sprawy do końca to kolesia wrzucę żywcem do pieprzonej wody.
Rozłączył się a ja dopiłem piwo do końca i pożegnałem się z Billie. Lucy nie było przy wyjściu z klubu, wszedłem do auta i ruszyłem do Starego. Stary miał około 40 lat i wyglądał, jakby twarz buldoga wsadzić do blendera. Oddychał głośno i ciężko, pił i ćpał więcej niż sam waży.
Zajechałem na klubik Starego, swoją drogą wisiał mi 30 koła, ale to załatwię przy okazji. Podejrzewałem, że wciągnął nie ten towar co trzeba i ma omamy, albo sam pociągnął towar i myśli, że ktoś mu zawinął.
Wszedłem od razu do środka, do małego pomieszczenia który nazywał swoim gabinetem. A wyglądało jak mała klitka w pierdlu. Jednak przed drzwiami słyszałem już krzyki i to nie Starego, tylko kogoś innego. Gdy otworzyłem drzwi ujrzałem Starego który naćpany rzucał się z jakimś typem. Wyglądał jak pies, nie myliłem się. Odznaka leżała na biurku a ja odciągnąłem Starego i postawiłem krzesło ze związanym policjantem na nogi.
-To jest, kurwa, pies, kretynie. - wyrecytowałem by zrozumiał.
-On zabrał mi towar!
-Stul pysk. - mruknąłem. Byłem spokojny, rzadko kiedy się denerwowałem.
-Oj źle skończycie... źle...
-Ta? - spojrzałem na policjanta.
-Zawiadomiłem swoich. - roześmiał się policjant, trochę z obitym ryjem.
Nagle pies wyrwał się z lin i uderzył mnie, kutas. Gdy mu przywaliłem rozłożyło go ponownie na krześle.
-Ty, kurwa masz chyba niepoukładane we łbie, co? - zwróciłem się do psa wymachując mu rewolwerem przed twarzą.
-Zaraz będą tu ci którzy zrobią z wami porządek.
-Wiesz co? - schyliłem się do niego i przywaliłem mu znowu prawdopodobnie łamiąc mu nos, bo krwotok był ogromny. - A może zrobimy po mojemu, hm?
-Daj mi towar. - zwróciłem się do Starego.
-Po chuj?
-Daj, kurwa, chyba, że chcesz wylądować w pierdlu.
Podał mi kokainę i jakiś syf, czyli faraona. Faraon to taka forma pixy, tylko w połączeniu z kokainą ma skutki uboczne.
Sprałem tego kolesia do odcięcia i wpakowałem mu na siłę i koks i tableteczki. Spojrzałem na Starego i zabrałem go stąd do swojego auta.
-Czekaj tu.
Gdy psy przyjechały podstawiłem Billie, by udawała żonę właściciela. Powiedziała im, że koleś z psów na nią napadł, chciał zgwałcić i był agresywny. A że w organiźmie tego fagasa była kokaina i faraon to miał życie zniszczone w zawodzie.
Nie pozwalałem sobie na kłopoty i nigdy nie wpadłem z towarem. Jestem swoim własnym szefem i nigdy nikogo nie zabiłem, chociaż zawsze jestem na to przygotowany.
Zabrałem Starego na rozmowę w 4 oczy. Musiał oddać mi pieniądze.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






