sobota, 2 lutego 2019

Od Deana

    Wybrałem się ponownie do Starego, bo czas naglił. Nie mnie, a jego, bo to on wisiał mi pokaźną sumę. Miewałem więcej, ale 50 tysięcy piechotą nie chodzi. Tym razem impreza kręciła się w najlepsze, nie miałem ochoty przedzierać się przez nawalonych ludzi i napalone laski. Wszedłem tylnymi drzwiami od alejki, oczywiście była wysoka siatka i stara zardzewiała kłódka do której nawet Stary nie miał klucza. Przeszedłem przez nią szybko i przetarłem ręce.
-Żebym musiał się tak brudzić... - parsknąłem pod nosem i otworzyłem drzwi wchodząc do długiego korytarza prowadzącego do ''biura'' Starego.
    W środku była jakaś dziewczyna, na oko 18 lat, tleniona blondynka w różowej kurtce futrzanej i wysokich kozakach. Odwróciła się, cały nos miała uwalony kokainą, a dłużnik z rozpiętą koszulą poderwał się jak poparzony spoglądając na mnie.
-Wyjdź. - kazałem dziewczynie, jednak ona ani drgnęła, stała jak ten słup soli i wpatrywała się we mnie jak sroka w... gnat.
-Luiza słonko, zostaw nas samych. - zmiękczył głos Stary a dziewczyna powoli, jakby była na pokazie mody przeszła obok mnie i wyszła nie zamykając drzwi.
-Cholera! Drzwi! - Stary ruszył z miejsca i zamknął je. - Co tam, Dean?
-Jak tam pieniądze się mają?
-Eh... co ja jestem, wróżka?
-Słuchaj... Nie będę groził ci lufą przed twarzą bo to nie ma sensu, tylko się zestresujesz. Po co robić  teatr? Układ jest taki, dajesz mi udziały w tym klubie i połowę kasy oddajesz. Dziś albo nie ja będę cię ścigał.
-Na Boga, Dean, proszę... zobacz! Patrz! - pokazał kilogram kokainy na stole. - Weź!
   Roześmiałem się.
-Żartujesz, mam nadzieję. Poważnie rozmawiamy. Miałeś czas na zastanowienie się.
-Kurwa, Dean, jak ty mnie potrafisz wyprowadzić z równowagi..
-Zawsze mogę ci sprzedać kulkę, wiesz, że dla mnie to nie problem.
-Dobra, niech ci kurna będzie... - opadł na fotel.
-Jutro widzę wszystkie formalności, i schowaj to, na litość...
  Sam nigdy nie ćpałem. Ja tylko sprzedawałem towar. Jednak znałem się na tym biznesie jak nikt inny. Na każdych narkotykach się znałem, jednak ten był kopalnią złota.
   Do drzwi znów ktoś zapukał, ochroniarz. Przyczołgał dwóch małolatów, mieli może po 12 lat. Stary jak wryty spoglądał na młodzieniaszków, dziewczynę ściętą na chłopaka i niższego od niej grzdyla.
-Co ty mi tu żłobek urządzasz, Henry? - burknął Stary.
-Brali coś, ale nie mówią co.
-Za co ja ci płacę. - machnął ręką i podszedł do dzieciaków. - Co braliście i skąd?
-My tylko... przyszliśmy zobaczyć jak tu wygląda...
-I postanowiliście sobie powciągać? Co wzięliście?
-Nic... n...naprawdę...
-Kurwa, dawać telefony i zawiadamiam rodziców. - odparł rzucając się nerwowo.
-Nie! No... barman miał takie coś... Gwen odeszła a ja widziałem, jak coś jej dodaje...
-Coś  ty pierdolisz młody...
   Nagle usłyszeliśmy krzyki z toalety, kobiece.
-Sprawdź to. - rozkazał do ochroniarza. - Ktoś się pewnie bzyka.
-Nie wygląda to na bzykanie. - odparłem zdenerwowany całą sytuacją bo nawet ta sprawa z bachorami mnie nie dotyczy. Zawinąłem manatki i wyszedłem w stronę wyjścia, gdy z toalety dobiegły mnie ponownie krzyki, ale o pomoc.
   Kurwa, bohater się obudził we mnie czy co?
   W toalecie jakiś dwóch kolesi dobierało się do też napalonych dwóch lasek, ale w każdym razie ta jedna nie chciała tego. Ekstazy?
   Podszedłem do kolesi, jednego oderwałem wręcz od jednej z nich i głową uderzyłem o umywalkę, a drugiemu sprzedałem bombę i wylądował w kiblu.
-Zabierajcie się stąd.
-Aleś ty przystojny... - jakby nie dotarło, ta druga chyba była w gorszym stanie.
-Dobra, gdzie mieszkacie?
   Ta co się nie odzywała płakała, najwyraźniej mniej wypiła z drinka w którym był narkotyk.
-Może u ciebie?
-Ty, może odpowiesz za koleżankę, bo chcę was podrzucić. Nic wam nie zrobię.
-Yhm... Avenue 21/6... - wymamrotała ta druga.
   Wyprowadziłem je stamtąd. Wsiadły do tyłu a ja pojechałem na adres. Znałem  wszystkie w mieście, dosłownie, więc nie miałem problemu z trafieniem. Odstawiłem jedną, a druga widocznie ze stresu zapomniała gdzie ma klucze.
-Dam sobie radę...
-Jasne, wsiadaj.
-Co? Nie...!
-Uspokój się, nic ci nie zrobię. Jestem Dean.
-Mia...
-Ktoś jest w domu?
-Nie... cholera...
-Zabiorę cię do siebie. Mam dwa mieszkania, ja nie będę spał więc odeśpisz a potem poszukasz kluczy.
-To zły pomysł...
-Złym pomysłem było branie tego gówna i zostawianie drinków na ladzie.











   Zabrałem ją, chociaż sam nie wiem czemu. Może nie miałem co robić? Oprócz odsypiania nocnego życia dilera to nic innego nie robiłem.
   Gdy prowadziłem do siebie, bo dziewczyna spała zadzwonił mój telefon. No proszę...
-Kogo moje uszy słyszą, Matt?
-Stary, wróciłem z Majorki.
-Co ty nie powiesz. - parsknąłem. - Gdzie jesteś?
-U matki, narzekała na ciebie przez sen.
-Ta, ciągle to robi. Brachu, zgadamy się w dzień, mam tu trupa na tyłach.
-Kogo znowu zabiłeś?
-Jezu, muszę zawsze zabijać? - roześmiałem się. - Wiozę dziewczynę, misja ratunkowa, dzień dobroci dla zwierząt.
-Dziewczynę!? Już myślałem, że jesteś gejem...
-Przywalę ci, przysięgam.
-Dobra! Do potem młody.
   Matt to mój starszy brat, jednak on jest z innej bajki. Biznesmen, pomaga matce 10tysięcy miesięcznie, dla niego jak i dla mnie to grosze, ale chociaż on czuje się w obowiązku, bo ja nie. Jednak mamy dobre stosunki, o mojej robocie nawet nie rozmawiamy, to temat tabu.
   Dziewczyna nie wybudzała się, więc wziąłem ją na ręce i położyłem w pokoju na łóżku a w między czasie sprawdziłem forsę i towar, wszystko odliczone i schowane.

   Rano zszedłem na dół, Mia jeszcze spała a ja dalej byłem w szoku, że pamiętam jej imię. Nie wyglądała na kogoś, kto bierze ten syf. Wynosiłem śmieci na pokaz, by sąsiedzi nie mieli nawet cienia podejrzeń.












   I napotkał mnie wysłannik kogoś, kogo się nie spodziewałem.
-Co tu robisz?
-Musisz się z nim spotkać, pilnie czegoś chce. - mówiła Billie.
-Miałaś tu nie przychodzić.
-Ale to pilne, ja nie mogę z nim dalej korespondować, wciąż mnie śledzi.
-Chce szantażu, nic nowego.
-Błagam...
-Przemyślę to. A teraz się zmywaj. - burknąłem do przyjaciółki a gdy ta odeszła wróciłem do góry.
   Oby Mia coś pamiętała, wolałbym nie przeżyć oskarżeń, że między nami coś było jak to kobiety mają w naturze po baletach. Musiałem zacząć załatwiać sprawy, więc oby czuła się dobrze po ekstazy.
   Gdy nagle zaczęła wymiotować.
-Cholera, dziewczyno, rozbrajasz mnie.
   Świetnie, boki zrywać.
   Mamrotała coś pod nosem, ale musiałem jej pomóc. Była 6 rano, więc godzinę po przyjeździe miała zwrot narkotyków z organizmu. Dobrze, że tak to się dla niej skończyło.