Podwiozłem ją pod dom, od niechcenia, bo wiedziałem kim jest i już mój rendgen ją prześwietlił. Miałem nosa do ludzi, nic dziwnego, skoro tylu ich poznaję i znam. Miałem przeczucie, że z nią jest coś nie tak i proszę - prokuratorka. Musiałem się jej pozbyć jak najszybciej, dość mam problemów z dłużnikami, których muszę kropnąć.
Zajechałem na zapamiętany adres, choć dziewczyna powtarzała mi go w kółko, jakbym nie pamiętał nic z poprzedniej nocy. Jednak wyszła, gdy podjechałem pod adres, pod klatką schodową czekał na nią prawdopodobnie chłopak, który widząc mnie nie był zadowolony, ale co mnie to obchodzi. Nie chciałby ze mną zaczynać, a ja nie miałbym skrupułów w razie ''w''. Na odchodne rzuciła wyraźne ''cześć'' z namysłem, że jej odpowiem ale nic nie powiedziałem. Wolałem to zakończyć szybciej niż się zaczęło.
Miałem dziś kupę roboty, więc z piskiem opon po jej wyjściu odjechałem czarnym audi. Pojechałem do mojego apartamentowca, w którym wynajmowałem mieszkanie. Może i byłem prostym facetem, ale lubiłem wygody i na nie zasłużyłem czy nie - były takie jak każdy by chciał. Nikogo tu nie zapraszałem, nie mówiłem adresu zamieszkania. Moim dowodowym adresem jest ta melina na slamsach, zaraz na uboczu miasta w tych nudnych i starych kamienicach.
Wparowałem do domu i poszedłem pod prysznic. Długo czekałem na to, by w spokoju wejść do własnego mieszkania i się wyluzować, bo praktycznie nie mam na to czasu. Ja tylko tu jem, śpię i relaksuję maksymalnie godzinę, bo dwie to strata mojego cennego czasu w pracy. A każda godzina to dla mnie pieniądze.
Usłyszałem wibracje telefonu leżącego na stole, powolnie zawinąłem ręcznik i zerknąłem na wyświetlacz.
-Jak tam, Chris? - odparłem zmęczony, bo miałem nadzieję na chwilę wytchnienia.
-Jestem u mamy, może wpadniesz na obiad?
Parsknąłem pod nosem, jakby mnie nie znał. Lub spytał z nadzieją, że wpadnę bo bardziej chodziło mu o matkę. Rzadko mnie widuje, mało o mnie wie. Nikt o mnie nic nie wie, dosłownie nikogo nie dopuszczam do siebie bliżej niż tylko w kwestii pieniędzy. Byłem bardzo ostrożny, by nikt mnie nie znał.
-Dean? - brat wyrwał mnie z zamyślenia. - Stary, muszę ci coś powiedzieć...!
-To złapiemy się potem. Jestem zajęty.
-Ty zawsze zabiegany, ta? - spytał ironicznie, wyobraziłem sobie uśmiech na jego pulchnej twarzy.
-Będę dzwonił. - rozłączyłem się i zacząłem się ogarniać sprawie by do 18 być gotów.
Miałem kupę czasu, ale czekała mnie rozmowa z Astanem. Człowiekiem tak wkurwiającym i za razem wpływowym, że aż mi się odechciało wychodzić z domu pierwszy raz od dawna. Był pewnego rodzaju ''panem miast'', tak na niego mówią. Ma miliony na koncie, ma własne firmy a na boku to prawdziwy mafiozo który nie raz zabił by uzyskać sukces i pieniądze. Jest nietykalny i nieobliczalny, gdy Billie mi powiedziała, że ją śledzi byłem pewny, że zależy mu na tym, by się spotkać. Nigdy by jej nie ruszył bo wie, że za nią jestem w stanie nawet zabić jego samego, choć musiałbym się postarać.
Pojechałem tam, gdzie zawsze bywał. W mini knajpce za rogiem w centrum, uwielbiał to chińskie śmieciowe żarcie, w knajpie która zarabia nawet nie 1/50 jego zarobków. Usiadłem naprzeciwko niego, tym razem by wtopić się w ludzi gdy był dzień ubrałem się nieco normalnie, bo zwykle chodziłem ubrany na czarno. Rozejrzałem się, czy nikogo nie ma w pobliżu. Astan był rozpoznawalny, policja ma na niego oko. Gdy mnie zobaczą musiałbym się nagimnastykować, by ujść cało z towarem i kasą.
-Już się tak nie stresuj - roześmiał się Astan. - Nikt tu nas nie przyczai.
-Czego chcesz?
-A skąd wiesz, że chcę? - błysnął zębami, mieląc chińszczyznę.
-Billie nie bez powodu śledziłeś, wiedziałeś, że przez nią przyjdę.
-Bo twoja rodzinka nawet by się nie zorientowała. Chris? Zarabia połowę tego co ja... i nie masz z nikim kontaktu tak jak z tą lalunią.
-Do rzeczy.
-Tobie zawsze się tak spieszy... - rozsiadł się i spoglądał na mnie chwile nic nie mówiąc. - Słuchaj, chcę żebyś dla mnie pracował.
-Po tym co zrobiłeś ostatnio? Pojebało cię?
-Dean, ty wiesz, że mam to co chcę. A Ty jesteś z tej najwyższej półki.
-Masz swoich ludzi.
-Ale nikt nie odwali tej roboty jak ty.
-Ile za tą robotę?
-A szczegóły?
-Najpierw forsa.
-Wiedziałęm, że cię przekonam. - pokiwał palcem zadowolony, jakby dać dziecku cukierka.
Byłem niewidzialny w tym co robiłem, ceniłem się za mokrą robotę jeśli miała się zdarzyć, no i lubiłem ubijać interes tak, żeby było po mojemu. To on mnie potrzebuje, a ja kasy mam tyle, że do emerytury mogę leżeć i zbijać bąki.
-Dwieście.
Roześmiałem się i oparłem o krzesło.
-Dwieście to ja mam w banku, a dwa razy tyle w mieszkanku.
-Dobra, dwa razy tyle.
-Co to za robota?
Wstał i odszedł od stolika kładąc pieniądze. Poszedł w stronę auta i wiedziałem, że mam jechać z nim, nie musiał nic mówić. Jechaliśmy za miasto, do jego domu ''tymczasowego''. Usiadł na kanapie i nalał sobie whisky.
-Musisz dla mnie wejść do firmy Corporite Infotek i ''zdobyć'' na nich haka.
-To jest żart? Mam wpychać kokainę w ludzi? Nie możesz sam wpuścić tam kogoś mniej ważnego?
-Wiem, że zrobisz to tak, by wyjść cało. Masz ode mnie zapewnioną ochronę.
-Jak FBI wpadnie to twoja ochrona mi może skoczyć.
-Pół miliona.
-Co? - spojrzałem na niego nie łapiąc od razu.
-Pół miliona do ręki. Za całą robotę.
Aż tak mnie cenił? Ta kwota była osiągalna, ale dla mnie... była tak wielka, że nie musiałem myśleć.
-Po co mam to robić?
-Gnoje wpuszczają do mnie do firmy węszących kundli, jakieś wtyki. Odebrali mi dwa projekty, wielkie projekty za które strzepałbym miliony. Skończą swoją działalność w pierdlu, jak tylko Ty ich wykończysz.
-Domyślą się, że to ja.
-Dostali informację od Hiszpańskiego wielkiego producenta, że przybędzie do nich wysłannik, masz oceniać czy ich propozycje się nadają. Mój przyjaciel który ze mną współpracuje zgodził się na to, bo ta sama firma też kiedyś z nim zadarła.
-Nie znam Hiszpańskiego.
-O to się nie martw, nauczy cię moja sekretarka.
-Sekretarka?
-Jest hiszpanką, mnie nauczyła podstaw w tydzień w ramach wymiany narodowej biznesów, dasz radę.
-Tylko ty masz 60 lat, trochę zwiedziłeś świata.
-Ty też zwiedzisz, co cię trzyma? Kobiety nie masz, rodziny nie masz, zobowiązań nie masz! W tym świecie liczą się pieniądze i trzeba kombinować, jak ustać na nogach. Jeśli pozwolisz komuś kiedykolwiek zniszczyć ci to, co budujesz od kilkunastu lat - zabij go albo zgiń.
Zacisnąłem zęby i myśląc o tym, że Astan naprawdę ma milion kontaktów, ochronę mi zapewnił ostatnim razem bez zarzutów, tylko moim błędem było wychylanie się zbytnio, ale byłem gówniarzem. Teraz wie, że można na mnie liczyć i zrobię co każe.
Ubił mnie w garniak i wyczekiwał efektu. Gdy wyszedłem i zobaczyłem siebie w lustrze nie wierzyłem co robię.
-Idealnie... perfekcyjnie.
-Jak biznesio z hiszpanii to ja nie wyglądam.
-Rozluźnij się. Musisz być tajemniczy w tamtej firmie, nieotwarty. Klara jest moją sekretarką, dorabia, ale jest świetna. Jest wcześnie, więc pojedziemy tam od razu.
Po prostu cudownie... czeka mnie wiele godzin pracy nad pół milionem.
wtorek, 5 lutego 2019
niedziela, 3 lutego 2019
Od Mii
Miałam dziwny sen ale okazał się niczym w porównaniu do tego co ujrzałam po przebudzeniu się. Nie wiedziałam gdzie jestem, w ogóle mało pamiętałam. Ubrania były na miejscu więc odetchnęłam z ulgą. Wstałam. Byłam w jakiejś sypialni, pierwszy raz zdarzyło mi się obudzić w obcym mi miejscu. Wyszłam nie pewnym krokiem z sypialni.
-Śpiąca królewna wstała już. -usłyszałam.
Spojrzałam na wysokiego młodego, może trochę ode mnie starszego chłopaka.
-Hej... która jest godzina?
-Dopiero dochodzi 7 także nie spałaś długo.
Przeczesałam ręką włosy.
-No i po co wam to było?
-Wam? Nic nie rozumiesz.
-Wyjaśnij, nie wyglądasz mi na dziewczynę która bierze.
-Bo tego nie robię. To przez Klarę i Laurę. Zabije je!
-Twoje przyjaciółki?
-Do wczoraj tak myślałam.
Podał mi sok.
-Mówiłam im że nie chcę nic brać, nigdy tego nie robiłam ale najwyraźniej stwierdziły że będzie super pomysłem jak dosypią mi to gówno do drinka.. Mogły mi zniszczyć życie.-usiadłam na kanapie bo zakręciło mi się w głowie-W ogóle to przepraszam za problem i dziękuję że mi pomogłeś. Mało kto bezinteresownie tak postępuje. Dziwnie się czuje, pierwszy raz zdarzyło mi się obudzić w obcym miejscu.
-Nie interesują mnie trupy.
-Aż tak źle?-skrzywiłam się.
-Nie no skąd.. -uśmiechnął się opierając się o ścianę z założonymi rękami.
-Boże.. jakby mnie ktoś znajomy zobaczył... byłabym skończona.
-Grzeczna dziewczynka?
-Nie, przyszła prokurator. Teraz rozumiesz?
-Wysokie ambicje.
-Nie prawda. To nic takiego.
-Ktoś się do ciebie dobijał bardzo.-pokazał na telefon.
-Pewnie Niko. Potem oddzwonię niech się martwi.
-Kłótnia z chłopakiem?-zapytał od niechcenia.
-Skomplikowane. Wczoraj były moje urodziny, nawet nie zadzwonił ale nie ważne, nie chcę mi się o tym gadać a ciebie pewnie i tak to nie interesuje.

-Więc wszystkiego najlepszego. -powiedział.
-Dziękuje.-;powiedziałam i dodałam-Eh.. dobra będę się zbierać nie chcę Ci więcej przeszkadzać, Dean.
-Odwiozę Cię i tak jadę w tamtą stronę. Znalazłaś kluczę?
-Na pewno są w torebce.. a moja torebka jest..-rozejrzałam się.
-Tu.-podał mi ją.-Spokojnie nie zaglądałem.
-Zadziwiasz mnie. Normalnie każdy facet wykorzystał by okazję a już na pewno przetrzepał by rzeczy dziewczyny. Jesteś gejem?
-Co?-zaśmiał się zaskoczony.-Nie.
-Ok, tak tylko próbowałam zgadnąć co jest z tobą nie tak-uśmiechnęłam się. -Wybacz.
Nic nie powiedział.
-Mam kluczę. Możemy wracać.-powiedziałam.
Poszliśmy do samochodu. Jak tylko ruszyliśmy mój telefon znowu zadzwonił. Dzwonił Niko, rozłączyłam się. Niech się bardziej postara. Zwykłe przepraszam nie wystarczy. Nie tym razem.
-Śpiąca królewna wstała już. -usłyszałam.
Spojrzałam na wysokiego młodego, może trochę ode mnie starszego chłopaka.
-Hej... która jest godzina?
-Dopiero dochodzi 7 także nie spałaś długo.
Przeczesałam ręką włosy.
-No i po co wam to było?
-Wam? Nic nie rozumiesz.
-Wyjaśnij, nie wyglądasz mi na dziewczynę która bierze.
-Bo tego nie robię. To przez Klarę i Laurę. Zabije je!
-Twoje przyjaciółki?
-Do wczoraj tak myślałam.
Podał mi sok.
-Mówiłam im że nie chcę nic brać, nigdy tego nie robiłam ale najwyraźniej stwierdziły że będzie super pomysłem jak dosypią mi to gówno do drinka.. Mogły mi zniszczyć życie.-usiadłam na kanapie bo zakręciło mi się w głowie-W ogóle to przepraszam za problem i dziękuję że mi pomogłeś. Mało kto bezinteresownie tak postępuje. Dziwnie się czuje, pierwszy raz zdarzyło mi się obudzić w obcym miejscu.
-Nie interesują mnie trupy.
-Aż tak źle?-skrzywiłam się.
-Nie no skąd.. -uśmiechnął się opierając się o ścianę z założonymi rękami.
-Boże.. jakby mnie ktoś znajomy zobaczył... byłabym skończona.
-Grzeczna dziewczynka?
-Nie, przyszła prokurator. Teraz rozumiesz?
-Wysokie ambicje.
-Nie prawda. To nic takiego.
-Ktoś się do ciebie dobijał bardzo.-pokazał na telefon.
-Pewnie Niko. Potem oddzwonię niech się martwi.
-Kłótnia z chłopakiem?-zapytał od niechcenia.
-Skomplikowane. Wczoraj były moje urodziny, nawet nie zadzwonił ale nie ważne, nie chcę mi się o tym gadać a ciebie pewnie i tak to nie interesuje.
-Więc wszystkiego najlepszego. -powiedział.
-Dziękuje.-;powiedziałam i dodałam-Eh.. dobra będę się zbierać nie chcę Ci więcej przeszkadzać, Dean.
-Odwiozę Cię i tak jadę w tamtą stronę. Znalazłaś kluczę?
-Na pewno są w torebce.. a moja torebka jest..-rozejrzałam się.
-Tu.-podał mi ją.-Spokojnie nie zaglądałem.
-Zadziwiasz mnie. Normalnie każdy facet wykorzystał by okazję a już na pewno przetrzepał by rzeczy dziewczyny. Jesteś gejem?
-Co?-zaśmiał się zaskoczony.-Nie.
-Ok, tak tylko próbowałam zgadnąć co jest z tobą nie tak-uśmiechnęłam się. -Wybacz.
Nic nie powiedział.
-Mam kluczę. Możemy wracać.-powiedziałam.
Poszliśmy do samochodu. Jak tylko ruszyliśmy mój telefon znowu zadzwonił. Dzwonił Niko, rozłączyłam się. Niech się bardziej postara. Zwykłe przepraszam nie wystarczy. Nie tym razem.
sobota, 2 lutego 2019
Od Deana
Wybrałem się ponownie do Starego, bo czas naglił. Nie mnie, a jego, bo to on wisiał mi pokaźną sumę. Miewałem więcej, ale 50 tysięcy piechotą nie chodzi. Tym razem impreza kręciła się w najlepsze, nie miałem ochoty przedzierać się przez nawalonych ludzi i napalone laski. Wszedłem tylnymi drzwiami od alejki, oczywiście była wysoka siatka i stara zardzewiała kłódka do której nawet Stary nie miał klucza. Przeszedłem przez nią szybko i przetarłem ręce.
-Żebym musiał się tak brudzić... - parsknąłem pod nosem i otworzyłem drzwi wchodząc do długiego korytarza prowadzącego do ''biura'' Starego.
W środku była jakaś dziewczyna, na oko 18 lat, tleniona blondynka w różowej kurtce futrzanej i wysokich kozakach. Odwróciła się, cały nos miała uwalony kokainą, a dłużnik z rozpiętą koszulą poderwał się jak poparzony spoglądając na mnie.
-Wyjdź. - kazałem dziewczynie, jednak ona ani drgnęła, stała jak ten słup soli i wpatrywała się we mnie jak sroka w... gnat.
-Luiza słonko, zostaw nas samych. - zmiękczył głos Stary a dziewczyna powoli, jakby była na pokazie mody przeszła obok mnie i wyszła nie zamykając drzwi.
-Cholera! Drzwi! - Stary ruszył z miejsca i zamknął je. - Co tam, Dean?
-Jak tam pieniądze się mają?
-Eh... co ja jestem, wróżka?
-Słuchaj... Nie będę groził ci lufą przed twarzą bo to nie ma sensu, tylko się zestresujesz. Po co robić teatr? Układ jest taki, dajesz mi udziały w tym klubie i połowę kasy oddajesz. Dziś albo nie ja będę cię ścigał.
-Na Boga, Dean, proszę... zobacz! Patrz! - pokazał kilogram kokainy na stole. - Weź!
Roześmiałem się.
-Żartujesz, mam nadzieję. Poważnie rozmawiamy. Miałeś czas na zastanowienie się.
-Kurwa, Dean, jak ty mnie potrafisz wyprowadzić z równowagi..
-Zawsze mogę ci sprzedać kulkę, wiesz, że dla mnie to nie problem.
-Dobra, niech ci kurna będzie... - opadł na fotel.
-Jutro widzę wszystkie formalności, i schowaj to, na litość...
Sam nigdy nie ćpałem. Ja tylko sprzedawałem towar. Jednak znałem się na tym biznesie jak nikt inny. Na każdych narkotykach się znałem, jednak ten był kopalnią złota.
Do drzwi znów ktoś zapukał, ochroniarz. Przyczołgał dwóch małolatów, mieli może po 12 lat. Stary jak wryty spoglądał na młodzieniaszków, dziewczynę ściętą na chłopaka i niższego od niej grzdyla.
-Co ty mi tu żłobek urządzasz, Henry? - burknął Stary.
-Brali coś, ale nie mówią co.
-Za co ja ci płacę. - machnął ręką i podszedł do dzieciaków. - Co braliście i skąd?
-My tylko... przyszliśmy zobaczyć jak tu wygląda...
-I postanowiliście sobie powciągać? Co wzięliście?
-Nic... n...naprawdę...
-Kurwa, dawać telefony i zawiadamiam rodziców. - odparł rzucając się nerwowo.
-Nie! No... barman miał takie coś... Gwen odeszła a ja widziałem, jak coś jej dodaje...
-Coś ty pierdolisz młody...
Nagle usłyszeliśmy krzyki z toalety, kobiece.
-Sprawdź to. - rozkazał do ochroniarza. - Ktoś się pewnie bzyka.
-Nie wygląda to na bzykanie. - odparłem zdenerwowany całą sytuacją bo nawet ta sprawa z bachorami mnie nie dotyczy. Zawinąłem manatki i wyszedłem w stronę wyjścia, gdy z toalety dobiegły mnie ponownie krzyki, ale o pomoc.
Kurwa, bohater się obudził we mnie czy co?
W toalecie jakiś dwóch kolesi dobierało się do też napalonych dwóch lasek, ale w każdym razie ta jedna nie chciała tego. Ekstazy?
Podszedłem do kolesi, jednego oderwałem wręcz od jednej z nich i głową uderzyłem o umywalkę, a drugiemu sprzedałem bombę i wylądował w kiblu.
-Zabierajcie się stąd.
-Aleś ty przystojny... - jakby nie dotarło, ta druga chyba była w gorszym stanie.
-Dobra, gdzie mieszkacie?
Ta co się nie odzywała płakała, najwyraźniej mniej wypiła z drinka w którym był narkotyk.
-Może u ciebie?
-Ty, może odpowiesz za koleżankę, bo chcę was podrzucić. Nic wam nie zrobię.
-Yhm... Avenue 21/6... - wymamrotała ta druga.
Wyprowadziłem je stamtąd. Wsiadły do tyłu a ja pojechałem na adres. Znałem wszystkie w mieście, dosłownie, więc nie miałem problemu z trafieniem. Odstawiłem jedną, a druga widocznie ze stresu zapomniała gdzie ma klucze.
-Dam sobie radę...
-Jasne, wsiadaj.
-Co? Nie...!
-Uspokój się, nic ci nie zrobię. Jestem Dean.
-Mia...
-Ktoś jest w domu?
-Nie... cholera...
-Zabiorę cię do siebie. Mam dwa mieszkania, ja nie będę spał więc odeśpisz a potem poszukasz kluczy.
-To zły pomysł...
-Złym pomysłem było branie tego gówna i zostawianie drinków na ladzie.
Zabrałem ją, chociaż sam nie wiem czemu. Może nie miałem co robić? Oprócz odsypiania nocnego życia dilera to nic innego nie robiłem.
Gdy prowadziłem do siebie, bo dziewczyna spała zadzwonił mój telefon. No proszę...
-Kogo moje uszy słyszą, Matt?
-Stary, wróciłem z Majorki.
-Co ty nie powiesz. - parsknąłem. - Gdzie jesteś?
-U matki, narzekała na ciebie przez sen.
-Ta, ciągle to robi. Brachu, zgadamy się w dzień, mam tu trupa na tyłach.
-Kogo znowu zabiłeś?
-Jezu, muszę zawsze zabijać? - roześmiałem się. - Wiozę dziewczynę, misja ratunkowa, dzień dobroci dla zwierząt.
-Dziewczynę!? Już myślałem, że jesteś gejem...
-Przywalę ci, przysięgam.
-Dobra! Do potem młody.
Matt to mój starszy brat, jednak on jest z innej bajki. Biznesmen, pomaga matce 10tysięcy miesięcznie, dla niego jak i dla mnie to grosze, ale chociaż on czuje się w obowiązku, bo ja nie. Jednak mamy dobre stosunki, o mojej robocie nawet nie rozmawiamy, to temat tabu.
Dziewczyna nie wybudzała się, więc wziąłem ją na ręce i położyłem w pokoju na łóżku a w między czasie sprawdziłem forsę i towar, wszystko odliczone i schowane.
Rano zszedłem na dół, Mia jeszcze spała a ja dalej byłem w szoku, że pamiętam jej imię. Nie wyglądała na kogoś, kto bierze ten syf. Wynosiłem śmieci na pokaz, by sąsiedzi nie mieli nawet cienia podejrzeń.
I napotkał mnie wysłannik kogoś, kogo się nie spodziewałem.
-Co tu robisz?
-Musisz się z nim spotkać, pilnie czegoś chce. - mówiła Billie.
-Miałaś tu nie przychodzić.
-Ale to pilne, ja nie mogę z nim dalej korespondować, wciąż mnie śledzi.
-Chce szantażu, nic nowego.
-Błagam...
-Przemyślę to. A teraz się zmywaj. - burknąłem do przyjaciółki a gdy ta odeszła wróciłem do góry.
Oby Mia coś pamiętała, wolałbym nie przeżyć oskarżeń, że między nami coś było jak to kobiety mają w naturze po baletach. Musiałem zacząć załatwiać sprawy, więc oby czuła się dobrze po ekstazy.
Gdy nagle zaczęła wymiotować.
-Cholera, dziewczyno, rozbrajasz mnie.
Świetnie, boki zrywać.
Mamrotała coś pod nosem, ale musiałem jej pomóc. Była 6 rano, więc godzinę po przyjeździe miała zwrot narkotyków z organizmu. Dobrze, że tak to się dla niej skończyło.
-Żebym musiał się tak brudzić... - parsknąłem pod nosem i otworzyłem drzwi wchodząc do długiego korytarza prowadzącego do ''biura'' Starego.
W środku była jakaś dziewczyna, na oko 18 lat, tleniona blondynka w różowej kurtce futrzanej i wysokich kozakach. Odwróciła się, cały nos miała uwalony kokainą, a dłużnik z rozpiętą koszulą poderwał się jak poparzony spoglądając na mnie.
-Wyjdź. - kazałem dziewczynie, jednak ona ani drgnęła, stała jak ten słup soli i wpatrywała się we mnie jak sroka w... gnat.
-Luiza słonko, zostaw nas samych. - zmiękczył głos Stary a dziewczyna powoli, jakby była na pokazie mody przeszła obok mnie i wyszła nie zamykając drzwi.
-Cholera! Drzwi! - Stary ruszył z miejsca i zamknął je. - Co tam, Dean?
-Jak tam pieniądze się mają?
-Eh... co ja jestem, wróżka?
-Słuchaj... Nie będę groził ci lufą przed twarzą bo to nie ma sensu, tylko się zestresujesz. Po co robić teatr? Układ jest taki, dajesz mi udziały w tym klubie i połowę kasy oddajesz. Dziś albo nie ja będę cię ścigał.
-Na Boga, Dean, proszę... zobacz! Patrz! - pokazał kilogram kokainy na stole. - Weź!
Roześmiałem się.
-Żartujesz, mam nadzieję. Poważnie rozmawiamy. Miałeś czas na zastanowienie się.
-Kurwa, Dean, jak ty mnie potrafisz wyprowadzić z równowagi..
-Zawsze mogę ci sprzedać kulkę, wiesz, że dla mnie to nie problem.
-Dobra, niech ci kurna będzie... - opadł na fotel.
-Jutro widzę wszystkie formalności, i schowaj to, na litość...
Sam nigdy nie ćpałem. Ja tylko sprzedawałem towar. Jednak znałem się na tym biznesie jak nikt inny. Na każdych narkotykach się znałem, jednak ten był kopalnią złota.
Do drzwi znów ktoś zapukał, ochroniarz. Przyczołgał dwóch małolatów, mieli może po 12 lat. Stary jak wryty spoglądał na młodzieniaszków, dziewczynę ściętą na chłopaka i niższego od niej grzdyla.
-Co ty mi tu żłobek urządzasz, Henry? - burknął Stary.
-Brali coś, ale nie mówią co.
-Za co ja ci płacę. - machnął ręką i podszedł do dzieciaków. - Co braliście i skąd?
-My tylko... przyszliśmy zobaczyć jak tu wygląda...
-I postanowiliście sobie powciągać? Co wzięliście?
-Nic... n...naprawdę...
-Kurwa, dawać telefony i zawiadamiam rodziców. - odparł rzucając się nerwowo.
-Nie! No... barman miał takie coś... Gwen odeszła a ja widziałem, jak coś jej dodaje...
-Coś ty pierdolisz młody...
Nagle usłyszeliśmy krzyki z toalety, kobiece.
-Sprawdź to. - rozkazał do ochroniarza. - Ktoś się pewnie bzyka.
-Nie wygląda to na bzykanie. - odparłem zdenerwowany całą sytuacją bo nawet ta sprawa z bachorami mnie nie dotyczy. Zawinąłem manatki i wyszedłem w stronę wyjścia, gdy z toalety dobiegły mnie ponownie krzyki, ale o pomoc.
Kurwa, bohater się obudził we mnie czy co?
W toalecie jakiś dwóch kolesi dobierało się do też napalonych dwóch lasek, ale w każdym razie ta jedna nie chciała tego. Ekstazy?
Podszedłem do kolesi, jednego oderwałem wręcz od jednej z nich i głową uderzyłem o umywalkę, a drugiemu sprzedałem bombę i wylądował w kiblu.
-Zabierajcie się stąd.
-Aleś ty przystojny... - jakby nie dotarło, ta druga chyba była w gorszym stanie.
-Dobra, gdzie mieszkacie?
Ta co się nie odzywała płakała, najwyraźniej mniej wypiła z drinka w którym był narkotyk.
-Może u ciebie?
-Ty, może odpowiesz za koleżankę, bo chcę was podrzucić. Nic wam nie zrobię.
-Yhm... Avenue 21/6... - wymamrotała ta druga.
Wyprowadziłem je stamtąd. Wsiadły do tyłu a ja pojechałem na adres. Znałem wszystkie w mieście, dosłownie, więc nie miałem problemu z trafieniem. Odstawiłem jedną, a druga widocznie ze stresu zapomniała gdzie ma klucze.
-Dam sobie radę...
-Jasne, wsiadaj.
-Co? Nie...!
-Uspokój się, nic ci nie zrobię. Jestem Dean.
-Mia...
-Ktoś jest w domu?
-Nie... cholera...
-Zabiorę cię do siebie. Mam dwa mieszkania, ja nie będę spał więc odeśpisz a potem poszukasz kluczy.
-To zły pomysł...
-Złym pomysłem było branie tego gówna i zostawianie drinków na ladzie.
Zabrałem ją, chociaż sam nie wiem czemu. Może nie miałem co robić? Oprócz odsypiania nocnego życia dilera to nic innego nie robiłem.
Gdy prowadziłem do siebie, bo dziewczyna spała zadzwonił mój telefon. No proszę...
-Kogo moje uszy słyszą, Matt?
-Stary, wróciłem z Majorki.
-Co ty nie powiesz. - parsknąłem. - Gdzie jesteś?
-U matki, narzekała na ciebie przez sen.
-Ta, ciągle to robi. Brachu, zgadamy się w dzień, mam tu trupa na tyłach.
-Kogo znowu zabiłeś?
-Jezu, muszę zawsze zabijać? - roześmiałem się. - Wiozę dziewczynę, misja ratunkowa, dzień dobroci dla zwierząt.
-Dziewczynę!? Już myślałem, że jesteś gejem...
-Przywalę ci, przysięgam.
-Dobra! Do potem młody.
Matt to mój starszy brat, jednak on jest z innej bajki. Biznesmen, pomaga matce 10tysięcy miesięcznie, dla niego jak i dla mnie to grosze, ale chociaż on czuje się w obowiązku, bo ja nie. Jednak mamy dobre stosunki, o mojej robocie nawet nie rozmawiamy, to temat tabu.
Dziewczyna nie wybudzała się, więc wziąłem ją na ręce i położyłem w pokoju na łóżku a w między czasie sprawdziłem forsę i towar, wszystko odliczone i schowane.
Rano zszedłem na dół, Mia jeszcze spała a ja dalej byłem w szoku, że pamiętam jej imię. Nie wyglądała na kogoś, kto bierze ten syf. Wynosiłem śmieci na pokaz, by sąsiedzi nie mieli nawet cienia podejrzeń.
I napotkał mnie wysłannik kogoś, kogo się nie spodziewałem.
-Co tu robisz?
-Musisz się z nim spotkać, pilnie czegoś chce. - mówiła Billie.
-Miałaś tu nie przychodzić.
-Ale to pilne, ja nie mogę z nim dalej korespondować, wciąż mnie śledzi.
-Chce szantażu, nic nowego.
-Błagam...
-Przemyślę to. A teraz się zmywaj. - burknąłem do przyjaciółki a gdy ta odeszła wróciłem do góry.
Oby Mia coś pamiętała, wolałbym nie przeżyć oskarżeń, że między nami coś było jak to kobiety mają w naturze po baletach. Musiałem zacząć załatwiać sprawy, więc oby czuła się dobrze po ekstazy.
Gdy nagle zaczęła wymiotować.
-Cholera, dziewczyno, rozbrajasz mnie.
Świetnie, boki zrywać.
Mamrotała coś pod nosem, ale musiałem jej pomóc. Była 6 rano, więc godzinę po przyjeździe miała zwrot narkotyków z organizmu. Dobrze, że tak to się dla niej skończyło.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




