Wjechałem na ulicę gdzie mieszkał Stary, na ciemnej, brudnej pełnej pseudo-dilerów, dziwek, patologii i tego, co na takich dzielnicach najgorsze. Stary oddychał głośno, sapiąc i wydając z siebie dziwne, niepokojące dźwięki, jakby był chory na nadciśnienie. Mijałem kamienice z kruszących się czerwonych cegieł, masę śmieci przy krawężnikach i pijanych nastolatków siedzący na nich. Nie interesowało mnie, z kim i jakie życie prowadzi Stary. Mnie obchodziła kasa i moje długi, a było ich sporo. Daję możliwość brania kokainy na ''kreskę'', pod warunkiem, że odda hajs w przeciągu tygodnia, a jak nie mam czasu to nawet potrafią przeciągnąć to do 4 tygodni. Szkoda, bo ci co brali byli nawet celebrytami, politykami, kucharzami a nawet dobrymi prawnikami czy też sędziami. Każdy na świecie bierze koks, może to być nawet nauczyciel.
Aczkolwiek tym, którzy przeciągali i brali, kończyło się źle. Czemu więc opychałem to gdy wiedziałem, że się zadłużają? Otóż, ja nie odmawiam, po prostu daję. A dla mnie to zysk, bo tak czy siak przestraszy się i odda całość jeszcze z nadwyżką.
-Nie pal w aucie. - odparłem, wpatrując się w ciemne ulice. Jechałem tu dość wolno, nigdy nie byłem pewien czy żaden ćpun nie wjedzie mi na ulicę czy na maskę.
Stary zaczął kaszleć tak głośno, że podgłosiłem radio.
-Dean, nie wkurwiaj mnie, ja cię proszę... - pogroził palcem dusząc się z każdym słowem. - I wyłącz to gówno!
Swoją drogą, nie należał do osób kulturalnych ani też inteligentnych a nawet mądrych czy przeciętnych. Był po prostu tępy.
-To nie gówno, to Beethoven, a po drugie jak się coś nie podoba to wypad. - odparłem spokojnym tonem. - Módl się, żebyś miał pieniądze w mieszkaniu, bo wtedy ja się wkurwię.
Zamilkł i wyrzucił papierosa przez okno wstrzymując powietrze. Zatrzymałem się, zgasiłem auto i wyszedłem z niego akurat patrząc kątem oka jak Stary próbuje ze stresu otworzyć drzwi od klatki. Co jeszcze zabawniejsze, był po koksie.
Gdy otworzył drzwi pognał do drzwi na parterze po lewej i wpuścił mnie nawet nie zamykając drzwi. W środku czułem smród papierosów, zgniłych śmieci i alkoholu, a wszędzie rozrzucone ubrania.
-Gdzie Doris? - spytałem o jego żonę, otyłą i okropnie paskudną z charakteru.
-Powinny tu być... Powinny...- Stary w agonii szukał kasy a ja spokojnie rozglądałem się po pokoju.
-Spokojnie Stary, mam czas. - zaśmiałem się siadając na kanapie.Tymczasem Stary wybiegł z pokoju z kartonem i usiadł naprzeciwko mnie wyjmując na oko 30 tysięcy dolarów.
-To wszys...wszystko co mmam... - wymamrotał wielkimi oczami wpatrując się we mnie.
Roześmiałem się.
-Stary... - odparłem rozbawiony. - Wisisz mi 50 koła, gdyby nie to, że raz ci pomogłem. Raz. Drugi nie przejdzie.
-Nie mam więcej... ale będę miał, jutro...
-Odsprzedasz mi udziały. 50%. Wtedy może być 30 tysięcy.
-Nie mogę, przecież wiesz... ja...
-Tak czy nie, odpowiedzi nie masz tak wiele.
-Dean...
-Jeśli nie wykonuję jeden ruch i cię będą psy zbierały.
-D...DOBRA! Dobra....
-Świetnie. Jutro to dogadamy. Miło się ubija interesy.
Wziąłem pieniądze i otworzyłem drzwi.
-Astan cię szuka.
Spojrzałem na niego, mówił serio.
-Po co?
-Ma do ciebie interes...
-Przekaż mu, że w niczym mu nie pomogę.
Wyszedłem i podążyłem do auta. Gdy wszedłem do drugiego mieszkania około 2 w nocy zanieść pieniądze czekała na mnie Billie.
-Co tu robisz?
-Mam wiadomość...
-Astan? Wiem.
-Skąd? - parsknęła śmiechem.
-Po prostu.
-On ma do ciebie jakiś wielki biznes, Dean.
Z Astanem raz pojechałem do Holandii po towar, zwiedzić trochę świata. Nigdy nie mam wolnego, ale wtedy przy okazji odbierania mogłem się dorobić o pare tysięcy dolarów. Ale mnie wydymał. I od dwóch lat go szukam, po roku odpuściłem. Jestem najlepszy w tym co robię, nieuchwytny, cichy i kumaty od dzieciaka, i tak to leci. Ale praca z nim byłaby błędem i kolejnym gównem.